#6 Prószków, dresy i plastikowe złoto

Jesień 1999 rok

Przyszło lato, a jak lato to laba i treningi mocno w kratkę. Na szczęście w końcu nastał wrzesień a wraz z nim moje pierwsze klubowe zawody.

Wiecie jak to jest. Jednego dnia waszym jedynym sprzętem do trenowania są trampki, a następnego dnia dostajecie od trenera kolce, dresy, ortaliony, koszulkę startową ze spodenkami i od tego nadmiaru głupiejecie.

No w każdym razie ze mną tak było. Na swoje pierwsze zawody zabrałem więc wszystko co dostałem od trenera, nabiłem torbę aż szwy pękały. Pojechaliśmy do Prószkowa na memoriał imienia jakiegoś oszczepnika (gdyby to był memoriał im. Dikembe Mutombo, albo Scottie Pippena, pewnie bym zapamiętał nazwisko). Miałem wystartować na 600 metrów. Było ciepło, pewnie koło 20 stopni, a ja wyciągam z torby po kolei – długie spodnie dresowe, długie spodnie ortalionowe, bluzę od dresu, kurtkę ortalionową…i całą resztę. Gdybym dzień wcześniej dostał klubową czapkę i rękawiczki….byłyby spakowane.

Tomek – nasz lider i największa nadzieja klubu – spojrzał tylko z politowaniem.

  • Co ty głupi jesteś?

Zapytał.

Nie byłem głupi, ja po prostu byłem przejęty. W końcu pierwszy start dla klubu trafia się raz w życiu, więc chciałem być gotowy na każde warunki.

O ile znałem już wszystkich ludzi w mojej drużynie, tak sam byłem noł nejmem dla zawodników pozostałych klubów z województwa i na odwrót – nie znałem nikogo z nich. Przed startem patrzyli na mnie z zakrzywionymi ku górze kącikami ust. Miałem zabawnie wybijające się na pierwszy plan jedynki, chude nogi, chude ręce i głodne spojrzenie*. Na pierwszy rzut oka nie wyglądałem na kogoś, kto mógłby stanowić jakiekolwiek zagrożenie w nadchodzącym biegu.

Jednak byłem groźny, byłem szybki i odporny na ból. A lekceważące spojrzenia tylko napędzały moje serce do jeszcze wydajniejszej pracy. Mocno wystartowałem i jeszcze mocniej skończyłem nie pozostawiając złudzeń, kto tego dnia jest najlepszym zawodnikiem w kategorii dzieci starszych.

Był medal, mój pierwszy. Wtedy jeszcze myślałem, że rzeczywiście robią je ze złota, co tym bardziej dodawało prestiżu całemu wydarzeniu w mojej wyobraźni.

Z zawodów pamiętam jeszcze jedną rzecz. Zwyczaj gratulowania sobie nawzajem wyników. Każdy począwszy od trenera podchodził, podawał rękę i gratulował startu.

Gratuluję, gratuluję, gratuluję…tego dnia usłyszałem to słowo wiele razy. A był to dopiero początek.

Wszystko zaczęło nabierać rozpędu.

 

* Odsyłam do foto z pierwszego wpisu, tam dobrze widać o czym mówię 😉

5 myśli na temat “#6 Prószków, dresy i plastikowe złoto

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: