XXVI Bieg Sambora w Tczewie – 10K

„Najlepsze tempo to samobójcze tempo, a dzisiaj jest dobry dzień by umrzeć” Miał powiedzieć Steve Prefontaine. Jak mówił tak i biegał. Zawsze z przodu, bez czajenia się za plecami rywali. Biegowy samobójca, który mimo wszystko potrafił tak skutecznie oszukiwać na bieżni śmierć. Dopadła go dopiero 30 maja 1975 roku, gdy zjeżdżał swoim pomarańczowym kabrioletem MG MGB w dół Skyline Boulevard.

Do Tczewa jechałem z myślą, żeby pobiec tak jak robił to „Pre”, czyli od startu mocno i bez kompleksów.

Dzieci

7:45 pociąg do Malborka, tam szybka przesiadka i już siedzę w eleganckim szynobusie relacji Malbork – Tczew. Za sobą słyszę żywo dyskutujące dziewczynki w wieku 5 może 6 lat.

– Gdzie jest mój tata? Mówi pierwsza.

– Nie, to mój tata. Odpowiada siostra.

– Nie!! Gdzie jest mój tata?!

– Mój tata!! Gdzie jest?!

Pociąg rusza, a dziewczynki próbuje uspokoić mama.

– Tata zaraz wróci.

Po chwili otwierają się drzwi toalety a w nich staje ten mityczny TATA. Superbohater, o którego dziewczynki jeszcze chwilę temu gotowe były szargać się za włosy i wydłubywać oczy. Ich pierwszy w życiu i najważniejszy na ten moment mężczyzna.

– Jest tata! Krzyczy pierwsza.

– Mój tata! Dodaje druga.

– Tata był kupę! Konstatuje pierwsza.

I w tym momencie ja wraz z innymi pasażerami wiemy, że do WC nie ma sensu wchodzić przez najbliższy czas.

CAM00829_Moment

Tczew

O dziwo korzystając z usług PKP dojechałem punktualnie. Start przewidziano na godzinę 12:00, a ja zameldowałem się na ziemi Kociewskiej pół godziny przed 11 – tą. Odebrałem pakiet, skorzystałem z wc i zacząłem się oporządzać do startu. Numer do koszulki, chip do sznurówki. I tu się zaczęły jaja. Sięgam po sznurówkę, rozplątuję i widzę, że na jednym oczku sznur jest mocno przetarty. Lekko pociągam i z jednej sznurówki robią się dwie. Co prawda w wojsku nie byłem, jestem po liceum, ale czasami potrafię pomyśleć. Najpierw nawlokłem dłuższą część sznurówki, a na samą górę krótszą pozostałość. But zasznurowany na dwie sznurówki, z dwoma stylowymi wstążeczkami. Tadam!

akcja sznurówka ;-)
akcja sznurówka 😉

Przyjechałem w dresach na sobie, więc praktycznie z miejsca mogłem zacząć rozgrzewkę. Nie będę się rozpisywał – samopoczucie na duży plus. Luz, blues i mandarynki. Było naprawdę dobrze. W Tczewie do wygrania była kasa za 3 pierwsze miejsca więc przyjechała mocna paka. Już podczas rozgrzewki widziałem dziewczynę, która wyglądała na PRO i wiedziałem, że ją kojarzę, ale nie mogłem „przykleić” twarzy do nazwiska. Kolejnych asów, których mijałem podczas truchtu, gimnastyki i przebieżek już znałem z nazwiska – Marek Kowalski (PB 10k – 29:49), Krzysztof Gosiewski (mistrz Polski 2014), także było z kim biegać. A poza tym był jeszcze Kenijczyk Bonifacy i chyba dwóch panów ze Wschodu.

Start

Jak to powiedział pan prowadzący – Jest dwunasta, także 3,2,1 start. Tak to mniej więcej wyglądało. Gość przede mną zdębiał zamiast biec, bo chyba pierwszy raz spotkał się z tak lakonicznym podejściem do tematu. Wpadłem na niego, obiłem sobie jakimś sposobem wargę, ale na szczęście po 200 m trochę się poluźniło. Można było biec. Przed sobą widzę mocną grupę pod wezwaniem z Kenijczykiem, ja tymczasem biegnę gdzieś w 3 grupce poza pierwszą dziesiątką.

początek i pierwsze przetasowania
początek i pierwsze przetasowania, fot. MM

Pierwszy km w 3:25. Prowadzę ten nasz skromny czteroosobowy pociąg. Poza mną jest chłopak z dredami, nieco starszy mężczyzna i liderująca kobieta. Drugi km to zbieg i wcale mi to nie przeszkadza, pędzę na czele. 2km – 3:19. Jestem mega naładowany, czuję się jak cholerna maszyna, która rozwali ten dystans na cząstki elementarne. Na 3 km podbieg i tempo spada do 3:34, ale ja ciągle nie oddaję przywództwa w naszej grupce. 4 km – 3:23! Tu chyba trzeba zacząć myśleć o 34′ z przodu! Tylko że po odhaczeniu 4 km spadam na 3 pozycję w naszej grupie. Czuję słabość w nogach, a sama trasa robi się coraz trudniejsza. 5 km to już 3:40, czyli połówka w 17:22, a więc robię sobie po drodze życiówkę na 5 km 😉 Ostatecznie z naszej grupki do przodu pognał tylko chłopak w dredach, kobieta i starszy pan zostali za mną. Ciągle mam tego gościa kilka, może kilkanaście sekund przed sobą i widzę, że dogonił rywala z którym biegnie teraz razem. Ja zostaję sam. 6 km – 3:37. To co się dzieje na trasie to jakiś dramat. Ciągłe zakręty, podbiegi i te nieszczęsne drobne płyty chodnikowe które wyścielają ulice…Tracę ochotę do biegu, narasta we mnie frustracja. Permanentna zmiana tempa, ani drobiny prostego i równego kawałka szosy…Zakręt, podbieg, zakręt, płyty, płyty, płyty, zakręt, zakręt, zakręt….zakręt. 7 km – 3:36. Kurczę jak na te warunki to naprawdę ładnie trzymam to tempo. Wciąż są matematyczne szanse na  34 minuty dzisiaj. Na 8 km w końcu jest kilkaset metrów po asfalcie, och cóż za komfort biegu! 8km – 3:22?! No i znowu się zaczynają problemy z trasą- zakręt, zakręt, brak oznaczeń, rozkładam ręce, którędy biec? zakręt, podbieg, zakręt, podbieg, rozkładam ręce w poszukiwaniu prawidłowej trasy. 9km – 3:37, a to oznacza, że na 1 km przed metą na zegarze łapię 31:37. Jeśli pobiec ostatnie 1000 metrów w 3:20 to rozmieniam dzisiaj 35! I ledwo co przeszła mi ta myśl przez głowę już wyrósł przede mną kolejny podbieg, okraszony zakrętem i brakiem oznaczeń. Rozkładam ręce. Już wiem, że 3:20 to tutaj nie wyduszę, ale lecę swoje, bo 35 minut to już tylko formalność. Ale czy na pewno? Na przedostatniej prostej jestem na moście. Tylko halo, dlaczego przede mną stoi jakaś barierka?! Dlaczego za barierką jest zdarty asfalt a na pasie obok szpaler samochodów? Gdzie ja mam do cholery biec?! Dopiero teraz widzę kątem oka, że jest wolny chodnik i właśnie nim pobiegł człowiek przede mną. Ja na chodnik nie przeskoczę, bo blokuje mnie śliska i zakończona ostrymi krawędziami balustrada. No nic, będę się przeciskał między autami. Na szczęście samochody ruszyły i pas obok zrobił się wolny. Mogłem bezpiecznie obiec ten cały plac budowy, który powstał na moim pasie. Obieganie na pewno mi jednak na dobre nie wyszło jeśli chodzi o wynik. Nie wiem ile na tym straciłem? 3, 4 a może 5 sekund? Wbiegam na ostatnią prostą….a jakże….wyłożoną płytami…na zegarku widzę 3:00, a więc pewnie jeszcze jakieś 30-40 sekund i będę na mecie. Biegnę, biegnę, i znowu biegnę, a potem jeszcze raz biegnę. 3:30 a mety wciąż nie widać. Czy ja w ogóle jestem na dobrej trasie??!! Nie, no musi być dobra. Także biegnę i biegnę. Na zegarku już 4:00 i dopiero wtedy widzę metę.

Poważnie? Co jest u licha tutaj grane?! Wbiegam totalnie zły i widzę jak kolejne sekundy przeskakują na dużym zegarze. Nawet nie mam zamiaru o nie walczyć. 36:05, a ostatni kilometr pobiegłem ponoć w 4:27. No jaja jak berety.

sambor1
fot. Zbigniew Brucki

 

Dekoracja

Humor poprawił mi się dopiero pół godziny później jak przejrzałem wyniki. 11 miejsce Open i 2 w M20 (licząc bez dubli), w wiekówce ustąpiłem tylko mistrzowi Polski sprzed dwóch lat, więc była to dla mnie jakaś nagroda pocieszenia. Poległem co prawda o 4 i pół minuty, ale….czy ktoś o tym musi wiedzieć? 🙂 Tak czy owak miło było stać z takim zawodnikiem na podium. Koniec wazeliny.

Ciekawy był za to system przyznawania nagród za kategorie. Podchodzili panowie z 3 przedmiotami w rękach i pytali – Pierwsze miejsca, którą nagrodę chcesz? Jak pierwszy wybrał, to przyszła pora na mnie. Kamerka poszła, więc została mi do wyboru bluza termo, albo wałek do masażu. Wziąłem odzież.

No i nadszedł moment na zasadnicze pytanie – czy jestem zadowolony? I tak i nie. Na pewno mnie te zawody podpaliły na jakiś Atest, ale raczej w tym roku już nie pobiegam dyszki na normalnej trasie.

Zadowolony jestem z samopoczucia, sylwetki podczas biegu, z ambitnego początku, z tego, że wypadłem dobrze na tle ludzi z mocniejszymi życiówkami – to na plus.

Na minus? Miękka głowa. Tak mi te wszystkie zawijasy, podbiegi, płyty chodnikowe, brak oznaczeń i inne udogodnienia typu – wyjeżdżające na czołowe zderzenie samochody, wybiły bieganie z głowy, że na drugiej „piątce” zdecydowanie zabrakło u mnie trybu – FIGHT! Raczej był tryb – O ja prdl…to są jakieś żarty.

XXVI Bieg Sambora, 11 miejsce OPEN, 36:05 netto.

PS. Ta dziewczyna z rozgrzewki, co to jej nie mogłem początkowo skojarzyć to Dominika Nowakowska. Także było PRO w Tczewie, można się było „otrzeć” o biegowych tytanów 😉

4 myśli na temat “XXVI Bieg Sambora w Tczewie – 10K

Dodaj własny

  1. A atest był? ile GPS pokazał? Bo wiesz oznaczeniami organizatorów nie można się zawsze sugerować… może po prostu dużo za wcześnie dali niektóre tabliczki..

    Polubienie

    1. Gdyby był atest to miałbym nową życiówkę, a tak to muszę sobie na nią jeszcze poczekać. Dlatego napisałem, że „podpalił mnie ten start na jakiś Atest” ale sobie w tym roku odpuszczę (chyba). Wg gps-a np. zwycięzcy, było ponad 10k.

      Polubienie

  2. No niestety biegnie bez atestu, to bieganie na ok. 10 km. A GPS-owi nie bardzo można wierzyć, szczególnie na kętych trasach. Forma chyba jest? Nie dziś to jutro, to potwierdzisz.

    Polubienie

    1. Spokojnie 😉 Jestem dobrej myśli co do formy. Z atestu jesienią już ostatecznie zrezygnowałem, ale mam pewien chytry plan na zimę w tej kwestii 😉 W piątek lecę jeszcze regionalnie na 5k, a potem siadam nad rozpiską na kolejne miesiące treningu.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: