7 z 24 – Marek

W tym miejscu miała się znaleźć relacja z kolejnego startu w City Trail. Jednak już tydzień temu pisałem, że w CT nie wystartuję i o dziwo, wytrwałem w tym postanowieniu. To chyba pierwszy raz w życiu jak wytrzymałem napięcie i powołując się na zdrowy rozsądek – nie pobiegłem w zawodach. Chyba dojrzewam.

Byłem jednak przez dłuższą chwilę nad jeziorem Długim w sobotę rano, żeby dopingować dzieciaki. Tak się złożyło, że siostrzeniec mojej żony startuje w tej edycji i od samego początku zaliczał same zwycięstwa. Przyszedł czas na start numer 4 i przypieczętowanie wygranej w cyklu. Nie było jednak tak łatwo, ponieważ przez wszystkie poprzednie biegi miał mocnego rywala na plecach z którym ciął się do samej mety niemal na każdym starcie. I tym razem ów rywal po raz pierwszy okazał się lepszy. Po 3 porażkach niemal na centymetry w końcu pokonał naszego Kubę i tym samym – walka wciąż trwa. Do końca nie będzie wiadomo komu przypadnie wiktoria w całym cyklu.

Historia chłopaków od razu przypomniała mi czasy jak sam miałem 12-13 lat i swojego rywala z którym przez kilka miesięcy toczyłem ostre boje o zwycięstwo. Wszystko zaczęło się w grudniu 1999 roku od biegu Mikołajkowego w Opolu na wyspie Bolko. Wygrałem, choć cały czas czułem oddech Marka na swoich plecach. W nagrodę dostałem dużego krasnala ogrodowego, który może nie był prezentem najkosztowniejszym, ale na pewno jednym z cięższych jaki kiedykolwiek dostałem za bieg.

Niedługo później znów pojawiliśmy się w Opolu. Tym razem był to cykl biegów przełajowych Grand Prix Opolszczyzny, którego inauguracja odbyła się właśnie w stolicy województwa. W skład cyklu miały wejść 4 biegi w różnych lokalizacjach. Pamiętam że trasa wiodła w okolicach Reala, częściami po chodnikach, częściami po trawie, z wielkim finałem w postaci ogromnej, sztucznie usypanej górki. Znowu wygrałem, choć Marek ponownie był bardzo blisko.

Kilka tygodni później w ramach Grand Prix pojechaliśmy na drugi bieg do Prószkowa. Prószków słynie z tego, że w tutejszym techniku ogrodniczym uczyła się Edyta Górniak. Była to też miejscowość w której dość często organizowano nasze obozy. Pamiętam, że przed tym biegiem chorowałem i wypadło mi parę dni treningu. Czułem się bardzo niepewnie przed startem, ale zacząłem tak jak zawsze. Od początku dzida do przodu, ustawka na pierwszym miejscu, a potem modlenie się, żeby dotrwać do mety. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, w zasadzie czułem się nawet bardziej wypoczęty niż podczas poprzednich startów. Marek biegł jednak znowu blisko. Wyglądało jednak na to, że dowiozę zwycięstwo do mety. I tak też było – dobiegłem pierwszy, ale przez swoje rozkojarzenie minąłem lej z boku. To trochę tak jakbym linię mety na biegu ulicznym przekroczył poza matą z chipem. Marek zaraz za mną wbiegł już tam gdzie trzeba, prosto do leja. Sędziowie rozstrzygnęli wtedy że jednak zwycięstwo należy się mi. To był jeden z tych biegów kiedy wygrana w ogóle mnie nie ucieszyła. Czułem się trochę jak złodziej, jakbym dostał coś niezasłużenie. Jakbym złamał przepisy a i tak wygrał.

Dużo zacnych nazwisk i w tym i ja, tytułowy niepokonany ;-)
Dużo zacnych nazwisk w tym i ja – tytułowy niepokonany 😉

Okazja do rewanżu nadarzyła się dość szybko. Kilka tygodni później wystartował bieg numer 3 naszego opolskiego Grand Prix. Bieg szczególny bo w domu mojego ówczesnego największego rywala, czyli w Głuchołazach. To było jak mecz na wyjeździe i czułem się przed tą potyczką wyjątkowo zmotywowany. Chciałem pokazać, że Prószków to był tylko nieszczęśliwy wypadek, że jednak zasługuję na pierwsze miejsce. Jak na Głuchołazy przystało trasa biegu miała górski charakter, prowadziła ścieżkami u podnóża Góry Chrobrego. Od początku ruszyłem mocno i po 200 metrach gdy stawka się rozciągnęła ustawiłem się na pierwszej pozycji. Marek biegł zaraz za mną. Po pewnym czasie byliśmy już tylko we dwójkę. Reszta stawki przestała się liczyć. Tego dnia Marek niemal deptał mi po piętach, trzymał się bardzo blisko. Mimo że bieg wyglądał praktycznie tak samo jak poprzednie, to czułem, że rywal niemal przyssał się do mnie. Ciągle dało się słyszeć kolejne okrzyki zagrzewające Marka do walki. W końcu był u siebie, w mieście które zna, wśród ludzi, którzy chcą jego zwycięstwa. W połowie pętli gdy wdrapaliśmy się na szczyt czułem że powoli ale jednak zaczynam się od przeciwnika oklejać. W tym momencie jakby na zawołanie wyrosła trenerka tutejszej Juvenni, która próbowała zmotywować Marka w tym trudnym dla niego momencie:

– Trzymaj go! On słabnie! Dobrze wyglądasz!

Ach te psychologiczne zagrywki 😉 Ale rzeczywiście słabłem, byłem już piekielnie zmęczony. Pocieszające było to, że już do samej mety miało być raczej z górki. Zbiegi były jednak bardzo trudne, co chwilę trzeba było uważać na ogromne głazy pod nogami i ostre zakręty. Na jakieś 300 metrów do mety stał cały wianuszek lokalnych kibiców, którzy krzyczeli tak głośno jakby Marek miał właśnie zbierać się do finałowego ataku po zwycięstwo. Nic takiego się nie wydarzyło. Dobiegłem pierwszy, tym razem wlatując w lej bardzo precyzyjnie.

To był już czwarty start pod rząd w którym kolejność na mecie pomiędzy nami była identyczna. Każdy bieg wyglądał niemal tak samo, a przecież nawet najdłuższa passa ma kiedyś swój koniec, prawda?

No więc jakoś w marcu tym razem w moim mieście odbywały się Mistrzostwa Województwa w biegach przełajowych. Sytuacja miała się zupełnie odwrócić. Teraz to ja byłem gospodarzem i wtedy zrozumiałem, że wcale nie jest to taka wygodna pozycja. Presja była dużo większa niż parę tygodni wcześniej w Głuchołazach. Jeszcze dzień przed samymi zawodami trener pokazywał nam jak będą wyglądać medale.

– Ładny, co? Pytał trener. – Jutro może taki dostaniesz.

Marzyłem o złocie na mistrzostwach województwa. To było dla mnie jak dla zawodowców tytuł mistrza Polski.

No więc nadszedł w końcu ten dzień. Przyznam, że po tylu kolejnych zwycięstwach nad Markiem czułem się dość pewnie. Fakt, że te biegi były rozgrywane na niewielkich przewagach, ale jednak. Zwycięstwa budują, stają się pewnego rodzaju nawykiem i nie wyobrażasz sobie, że mogłyby ustać.

Pamiętam dobrze pogodę. Typowa przejściówka między zimą a wiosną. Gdzieniegdzie jeszcze zalegały małe kupki śniegu, ale generalnie termometr wskazywał kilka stopni powyżej zera. Zaczynaliśmy z drogi betonowej. Gdy staliśmy jeszcze na linii szukając dla siebie dogodnej pozycji do startu, nasze kolce charakterystycznie szurały po twardej nawierzchni. Dwie pętle po 750 metrów czyli mój koronny dystans tamtej zimy – 1500 metrów walki o tytuł. I znowu to samo. Mocny start i ustawiam się na pierwszym miejscu. Marek zaraz za mną. Trasa jest w całości po leśnych ścieżkach, które doskonale znam z treningów. Wiem gdzie robi się ciężko na podbiegu, a gdzie trzeba szczególnie patrzeć pod nogi podczas zbiegania. Dobiegamy do końca pierwszej pętli, znowu walka będzie się rozstrzygać tylko między nami. Pozostali są daleko. Tym razem to ja mam kibiców po swojej stronie. Czuję, że to będzie mój dzień, ale muszę jeszcze wytrzymać 750 metrów. Tylko ten Marek, który znowu jest blisko mąci mój spokój. Słyszę jego oddech i kroki. Dlaczego on nie odpuszcza?! Pokonujemy podbieg, a teraz już z górki potem ostry zakręt w lewo i prosto do mety. W pewnym momencie Marka zaczyna być słychać coraz słabiej. Czuję ulgę. Po raz kolejny się udało.

Byłem tego dnia bardzo szczęśliwy. Gdy wróciłem do domu, mamę przywitałem zdaniem:

Mamo, wiesz kim ja od dzisiaj jestem? Mistrzem województwa.

😉 taki ważny jak magi w zupie.

Ale tak to chyba jest, że dla dzieci błahe wydarzenia potrafią urosnąć do rangi kosmicznych.

No to sobie powspominałem 😉 Ale to nic nowego jeśli się prześledzi większość moich postów….;)

A co do spraw bieżących:

Poniedziałek – regeneracja

Wtorek – 13km po 4:49, tym razem bez siły biegowej.

Środa – 14 km, w tym zabawa biegowa 6×4′ p. 3′ w truchcie.

Czwartek – 12,8 km po 5:05

Piątek – 13 km po 5:10

Sobota – 13,3 km po 4:49

Niedziela – 22 km po 4:43 na śr tętnie 136.

SUMA 88km

Wszystko zgodnie z planem. Warunki były wyjątkowo paskudne w tym tygodniu, bo raz że roztopy, dwa że śnieg, a trzy, że…a nie trzy nie będzie. W każdym razie lekko wszedł mi Long, z tego jestem najbardziej happy. Poza tym zabawa biegowa też ładnie wyszła, rozkręciłem serce do max tętna 174. Nie ma co tutaj się na jakiś prędkościach skupiać póki co. Na to przyjdzie czas, do maja jest jeszcze bardzo dużo treningów do wykonania.

2 myśli na temat “7 z 24 – Marek

Dodaj własny

  1. Twoje relacje z dawnych zawodów czyta się jeszcze ciekawiej, niż z aktualnych 🙂 Mam nadzieję, że sporo się nabiegałeś i nie skończą Ci się tematy na wspomnienia 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: