15 z 24 – Trzy na szynach

Mam taką przypadłość, że bardzo lubię oceniać i wartościować. Może to jakaś forma odreagowania systemu edukacji, w którym człowiek permanentnie podlegał ocenie? Czasem wystarczy, że spojrzę na człowieka i już mam jakieś zdanie na jego temat. Niby nie ocenia się książki po okładce, ale powierzchowne myślenie bardzo ułatwia mi życie. Ocenianie nie wiąże się tylko z ludźmi, w zasadzie o każdym swoim treningu zaraz po jego wykonaniu mam jakieś zdanie. Bywają dobre, zwiastujące progres i złe wieszczące regres. Ostatnio pod tym względem przeżywam istny rollercoaster. Jednego dnia czuję się świetnie i mam poczucie biegowej wszechmocy, żeby 24 godziny później dusić się potykając o własne nogi. Czy mogę jakieś poważniejsze wnioski wysnuwać z takich chwilowych odczuć i wahań nastrojów? Raczej nie, poza jednym – prawda o mojej formie nie znajduje się, ani w tych lepszych, ani w gorszych treningach. Jak zwykle leży gdzieś po środku.

Ostatni dobry dzień

Środa nie powinna się była wydarzyć. I nie mam na myśli wycofania dnia Kobiet z kalendarza. Na trening wyszedłem po 16-tej będąc na jednym posiłku – śniadaniu o 7 rano. Zanim dojechałem nad Długie minęło dobre pół godzinny, więc truchtać zacząłem niewiele przed 17 tą. Zrobiłem tylko 1km rozgrzewki żeby zdążyć zrobić trening przed zmrokiem. A nie miał to być byle jaki akcent:

2 x 4km P p. 3′ + 3km P

Pierwsze powtórzenie w 15:43, więc bez rewelacji. Druga czwórka w 15:13, także znacznie żwawiej. Biegało się naprawdę dobrze, ale jakoś wolno. Kiedy po 2x4km ruszyłem na ostatni odcinek nie oczekiwałem rewelacji. Tymczasem 1 km, który w połowie składał się z podbiegu wszedł w 3:40, na kolejnych dwóch zwolniłem do tabelkowego, progowego 3:45 i cała trójeczka weszła w 11:11. Ostatnie powtórzenie biegło się najszybciej i zdecydowanie najprzyjemniej. Trening kończyłem 3 km schłodzenia, które robiłem już w konkretnym zmroku truchtając szosą pośród lasu.

Ledwo 24 godziny później wybrałem się na rozbieganie i po 1 km miałem już dość. W piątek ponownie klepanie kilometrów i znowu jakaś niemoc w nogach i płucach. Sobota? To samo. Po środzie totalnie straciłem ochotę na trening, wpadłem w jakiś psychiczny dół i musiałem mocno walczyć ze sobą, żeby nie zawalić żadnej jednostki.

Potępiony na tempie

W końcu przyszedł czas na niedzielę, a więc drugi w tygodniu akcent:

20 km w tempie Maratońskim

Robiłem podczas jesiennych przygotowań 24 km w tempie M i wtedy całość pobiegałem na bieżni, 60 okrążeń średnim tempem 4:03/km. Pamiętam, że tamten trening mocno zmasakrował mnie energetycznie, choćby z tego względu, że biegałem go na sucho. 3 tygodnie później pobiegłem maraton po 4:00/km 😉

Tym razem znowu wybrałem się na Kortowski stadion. Parę minut po 8 rano byłem na miejscu – pięknie, pusto, cicho, niewielki wiatr. Dopiero w połowie mojej rozgrzewki na bieżni pojawił się jeden jegomość i oczywiście zaczął biegać po 1 torze. Od razu skoczył mi nerw. Nie mają gdzie truchtać?! Z miejsca oceniłem faceta jako weekendowego truchtacza, który zamiast biegać po lesie upatrzył sobie stadion. I rzeczywiście biegał w moim odczuciu dość powolnie, ale z ciekawości zmierzyłem mu międzyczas na kole – 1:45. Kurczę, nie tak znowu wolno (4:22/km). Wynikało z tego, że biegł niewiele wolniej od tempa, które sam chciałem tego dnia trzymać. Wyluzowałem.

Mój plan wyglądał w ten sposób – pierwsze 10 km po 4:00 czyli moje aktualne tempo maratońskie, natomiast druga dziesiątka coraz szybciej w kierunku 3:47/km czyli tempa, które mam nadzieję, że będzie moją prędkością maratońską.

Zacząłem planowo, kolejne km wchodziły w 4:01 – 4:00 – 4:01- 4:00 – 3:59 – 3:59 – 3:59…i w tym momencie podobnie jak jesienią zjazd do bazy….w sensie do WC…tak jak we wrześniu rozkraczył mi się żołądek. Wtedy po 11 km, tym razem po 7 km. Odechciało mi się biegać, chciałem na tym etapie skończyć trening. Ale ostatecznie wróciłem na bieżnię – 4:01 – 3:59 – 3:59 (10km) 3:57 – 3:56 -3:56 – 3:55 – 3:55 – 3:53 – 3:51 – 3:49 – 3:47 – 3:36

Śr tętno kręciło się na poziomie 155, poza ostatnimi 5 km, na których wyraźniej przyśpieszyłem. Ostatni km na max tętnie 172, więc nie najgorzej.

Jakby nie liczyć postoju to śr tempo odcinków wyniosło 3:56, czyli 7 sekund szybciej niż jesienią. Cieszy mnie ten postęp, ale z drugiej strony widzę po tym treningu, że do 3:47 na maratonie to jeszcze dużo brakuje.

Łącznie tydzień zamknąłem objętością na poziomie 92 km.

To chyba tyle ode mnie na ten moment. Trzymajcie się, bądźcie zdrowi i gratuluję wszystkim, którzy już z przytupem rozpoczęli sezon!

Ja planuję stawić się podczas ostatniego City Trail, gdzie mam trudną sytuację w kategorii wiekowej, a z tego co obserwuję rywale są w mocnej formie. Potem 10 k na Orlenie i Półmaraton w Białymstoku. Będzie się działo 😉

4 myśli na temat “15 z 24 – Trzy na szynach

Dodaj własny

    1. Czołem!
      Jak to leciało? „To jest miś na miarę naszych możliwości” 😉 A to jest orka na miarę moich możliwości, największa w życiu jak na razie. Oby się coś z tego urodziło 😉
      Pozdrawiam!

      Polubienie

    1. Dzięki!
      Mam nadzieję, że Orlen będzie dla nas szczęśliwy 😉
      W tamtym roku to tam było hardcorowe ściganie – pierwsza 30 tka połamała 32 minuty…Masakra.

      Polubienie

Odpowiedz na Biegający Filozof Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: