#3 City Trail Olsztyn

Zbyt szczecińska dla Warszawy, a dla Szczecina zbyt warszawska (…) za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia(…)za gruba dla chudych a dla grubych za chuda, spróbuj się domyślić gdzie to mam? No gdzie? Aaa chu…Śpiewała Nosowska i rzeczywiście wszystko jest kwestią perspektywy. Dla mnie ostatni sobotni bieg podczas City Trail to jedne z lepszych zawodów w życiu – ale to tylko moja perspektywa. W każdym razie, gdyby przyfrunęła dziś wróżka zębuszka z pomysłem, że cofnie dla mnie czas i będę mógł pobiec jeszcze raz – nie zmieniłbym niczego. A obiektywnie rzecz biorąc parę rzeczy można było zrobić inaczej, ale po kolei.

Błąd#1

W piątek rano wyszedłem z psem nawet wcześniej niż zwykle ale wróciwszy do domu stwierdziłem, że nie będę tego dnia biegać. W końcu mam roztrenowanie, więc wartałoby zrobić sobie chociaż jeden dzień extra zupełnie wolny od treningu. Zwłaszcza, że w sobotę czekało mocne bieganie podczas CT. Po tej decyzji czułem się jednak źle sam ze sobą, z godziny na godzinę narastało rozdrażnienie, aż w końcu po pracy pękłem i odlawszy makaron na obiad zostawiłem penne do ostygnięcie a sam wyskoczyłem na szybkie 5 km, żeby nie oszaleć. Wylatałem po chodnikach 5,5 km średnim tempem 3:48/km, gdy wróciłem makaron jeszcze do końca nie ostygł. Dzień przed zawodami takiego treningu z pewnością nie można było nazwać – klasycznym rozruchem.

Błąd#2

W sobotę było mokro, ale porównując z warunkami z poprzedniego miesiąca trasa jawiła się jako wyraźnie lepsza, bezpieczniejsza, szybsza co się zowie. Sam chciałem pobiec dużo lepiej taktycznie niż przed miesiącem, zacząć spokojniej a dopiero w drugiej części dystansu stopniowo nabierać prędkości. Taki był plan. Rozgrzewka nie szła po mojej myśli, ciągle brakowało mi czasu, kolejka przed toitoiem nie sprzyjała, byłem poddenerwowany, ospały, bez energii. Liczyłem że na sygnał startera wszystko się zmieni.

Start!

Zacząłem spokojnie, planowo, zamykając ze Sławkiem czołową kilkunastoosobową grupę. Mogliśmy wygodnie obserwować wydarzenia przed  sobą, ominąć tłok, biec swobodnie własnym tempem. Początek olsztyńskiej trasy jest szeroki, równy i wygodny, sprawy komplikują się w okolicach 700 metra kiedy wbiegamy w głąb lasu w odcinek na którym zazwyczaj błoto kładzie się gęsto. Tak było i tym razem, śliska nawierzchnia nieco wytrąciła z rytmu ale już po chwili podłoże zrobiło się twardsze, dużo przyjemniejsze dla nóg. 1 km łapię w 3:30 – przyzwoicie ale bez fajerwerków, czyli tak jak to miało wyglądać według moich taktycznych rozważań sprzed biegu.

Dalej lecimy już praktycznie gęsiego, wąska ścieżka uniemożliwia bieg bark w bark. Cisnę przyklejony do Sławka aż do ostrego zakrętu w prawo, gdzie ścieżka z ciasnej robi się komfortowo szeroka. Jeszcze chwila i zaczniemy zbiegać wprost do tabliczki z 2 km. Uciekam na lewy zupełnie wolny skraj drogi i zaczynam łapać rytm. Nie rozumiem co się dzieje, ale podoba mi się to co czuję w nodze i płucach. Swobodnie przyśpieszam. Przyśpieszam. Oddech huczy jak na finiszu. Ale ja wciąż przyśpieszam. 2km – 3:19 (!?). W ciągu zaledwie 300 metrów wyprzedzam jakieś 10 osób i ląduje pięć metrów za liderem ruszając za nim w samotną pogoń.

Zazwyczaj dużo kalkulowałem, oszczędzałem się na dystansie, żeby zachować siły na 5 kilometr, na ten upiorny podbieg, na finisz…Tym razem przestaję myśleć, daję się ponieść rytmowi, prędkości, chwili. Wiem, że umrę, prędzej czy później zapłacę za ten zryw. Ale teraz o tym nie myślę, ciągnę, mocno pracuję, żeby jak najdłużej biec na pozycji numer 2. Jestem tu i teraz – umrę to umrę na chu…drążyć temat? Zdają się mówić moje płuca i nogi, które dają z siebie absolutnie wszystko. Głowa wyjątkowo stara się nie przeszkadzać im na robocie, swoimi wątpliwościami i lękami. To już długo trwa, mijają metry, setki metrów, mija kilometr, prawie zabijając się na błocie i zbiegu przecinam linię 3 kilometra – 3:22 (!?). Do mety ostatnie 2 kilometry, ja wciąż biegnę, jeszcze biegnę, jeszcze nie zginąłem. Kilkadziesiąt metrów dalej wyskakuje późniejszy zwycięzca i z lekkością wyprzedza, chwilę później to samo robi Paweł, aż w końcu cały pociąg kolejnych trzech zawodników…na przestrzeni około 500 metrów z 2 miejsca ląduję na 7 pozycji. Ale wciąż biegnę, mimo rosnącego zmęczenia, mimo tego że oddycham już naprawdę głośno i ciężko, że tlen się kończy – nie tracę do rywala przed sobą dużo, może dwie może trzy sekundy. Czuję że wciąż biegnę szybko, jeszcze nie stanąłem, jeszcze kręcę nogą. 4 km – 3:32 – na tym etapie wyścigu tempo jest lepsze od moich najlepszych biegów na CT o jakieś 15 sekund. Mimo że szarżowałem to czuję, że jestem w stanie to dowieźć, skoro do tej pory nie umarłem to jeszcze 1 km przetrzymam. Muszę wytrzymać.

Błąd#3

Wdrapuję się na szczyt, górka za 4 kilometrem tym razem ciągnie się niemiłosiernie, nie pomaga doping, nie pomaga unoszący się w powietrzu zapach mety, która już przecież tak blisko, aromat świeżej życiówki która wydaje się na wyciągnięcie ręki, nie pomaga nic. Przypominam sobie o rękach, trzeba popracować rękami, odpycham się nimi od powietrza jakbym trzymał w dłoniach narciarskie kijki. W końcu jestem na szczycie, wciąż widzę chłopaków przed sobą, dużo nie uciekli, wciąż mogę ich gonić, ale muszę się zebrać, muszę się zerwać jeszcze ten jeden, ostatni raz. Płaskie 200 może 300 metrów po leśnej ścieżce, potem ostry zakręt w prawo na śliską kostkę brukową, mocny zbieg, znowu zakręt i będę widział metę. Póki co jestem jeszcze w lesie, obracam się, po raz pierwszy się obracam, bo nie słyszę za sobą nikogo już od kilometra. Cholera…Sławek. Niby jest daleko, szacuję, że 50 metrów, tylko Sławek i nikogo więcej. Jednak opłaciło się rwać do przodu na dystansie, bo wypracowałem sobie wyraźną przewagę. Teraz pozostało tylko to dowieźć. Ale najpierw zakręt, nie lubię go, zawsze wyrzuca mnie tutaj szerokim łukiem. Trzeba wejść w zakręt. Przymierzam się do manewru, wchodzę pod ostrym kątem. Nie wyrzuciło mnie! Po raz pierwszy w życiu dużo tutaj nie trac..Jeb!

Leżę na ziemi. Stopa musiała trafić na liść bo dostałem poślizgu jakby ktoś podłożył skórkę od banana. Kolano do spółki z piszczelem i prawą dłonią zamortyzowały upadek. Nie ma czasu. Wstaję jak automat, zbiegam i szykuję się na kolejny zakręt w prawo, jeszcze gorszy, jeszcze trudniejszy. Tym razem wchodzę dużo szerzej, tak szeroko że niebezpiecznie zbliżam się do jeziora, kończy mi się chodnik, zakręt wyrzuca mnie na zewnątrz ale ostatecznie obejdzie się bez kąpieli. Łapię równowagę. Została dłuższa prosta po bruku. W głowie – musisz! W nogach już niewiele, ale jest jeszcze kapka energii żeby dojechać do mety. Mało z tego odcinka pamiętam, więc nie będę szył. W każdym razie Sławek się zbliżał, gdy dobiegaliśmy do mostka czułem i słyszałem, że kolega ma mnie na wyciągnięcie ręki. Liczyłem że zdążę, że wbiegnę na mostek przed Nim. Kto pierwszy na rowie z wodą ten pierwszy na mecie? Mówi zasada przeszkodowców. W Olsztynie podczas City Trail obowiązuje podobna reguła – kto pierwszy na mostku, ten pierwszy na mecie.

Sławek wyskoczył jednak tak nagle w dość niebezpiecznym wąskim gardle wbiegu na mostek, że nie zdążyłem zrobić nic. Na samym przęśle zaczął już odjeżdżać na dużej swobodzie, jakby dopiero zaczynał bieg, jakby był na rozgrzewce. Pode mną ugięły się nogi – to ostatnia rzecz jaką pamiętam. Pamiętam też czyjś okrzyk – nie przegraj znowu na finiszu! 😉

Tak, ten moment na mostku był momentem mojej śmierci w tym biegu, długo biegłem, ale w końcu organizm się upomniał, na 100 metrów przed pomiarową matą.

Netto – 17:25, a więc zabrakło 1 s do PB. Ostatni kilometr w 3:42. Miejsce 8 OPEN.

..

Można teraz trochę pogdybać – gdybym w piątek odpoczywał? gdybym trzymał się założonej taktyki? gdybym się nie wyje…nie złapał zająca?

Nie wiem czy wyszedłbym na tych zmianach na lepsze, ale wiem jedno – właśnie takiego biegu na koniec roku potrzebowałem. Takiego kopa motywacyjnego w przeddzień rozpoczęcia ciężkich treningów. Tego przekonania, że Bieg Niepodległości był wypadkiem przy pracy, tej wiary, że choć czasami nie umiem, to jeszcze potrafię – jak rapował Pjus. Takiego biegu w którym nie analizuję, ale lecę jak po swoje, bez strachu, bez zwątpienia, w którym upadam, zdzieram kolana, szybko się zbieram i cisnę jakby nic się nie stało. A że przegrałem?

Michael Jordan miał powiedzieć –

Nie trafiłem ponad 9000 rzutów w mojej karierze. Przegrałem prawie 300 gier. 26 razy nie trafiłem decydujących piłek w meczu. Ponosiłem porażki raz po raz przez całe moje życie.

A mimo tego koniec końców całkiem nieźle grał w kosza 😉

5 myśli na temat “#3 City Trail Olsztyn

Dodaj własny

  1. Myślę, że gdyby nie gleba, wpadłbyś pierwszy na moście i doleciałbyś na tym 7. miejscu. Właśnie dlatego zawsze dzień przed zawodami kupuję kilo bananów, wychodzę na spacer nad Długie i ładuję wegle, pamiętając gdzie wyrzuciłem okrycia wierzchnie moich żółtych pomocników 😀 Mocny bieg. Przez chwilę nawet pomyślałem, że może styknie Ci sił i wygrasz. Pewnie następnym razem 😉

    Polubienie

    1. Sławek, no i wszystko się wydało…podejrzewam że masz w markecie dobre rabaty na takie ilości bananów 😉 Tylko dlaczego nikt przede mną się na tej skórce nie przejechał…? 😉 Miała jakiś czujnik skorelowany ze wzorem mojego bieżnika? 😀 Ja myślę że nawet gdybym ustał to Twoja ręka sprawiedliwości i tak by mnie dopadła, z tym że ewentualnie za mostkiem a nie przed 😉

      Keiw, myślałem o tych siatkarskich nakolannikach, nawet Asics takowe produkuje 😉

      Polubienie

  2. Powinieneś być żywą reklamą POWERADE „Padłeś? Powstań!” Pomimo, że upadek trwał moment, to podniosłeś się w najwyżej połowie tego czasu. Szacun! 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: