29 Maraton Juranda

No więc zjadłem w Szczytnie Snickersa i teraz trzeba powyciągać orzechy z zębów, co nie jest ani miłe, ani łatwe, ale konieczne. Co to Krzysio mówił przed maratonem Juranda? Że celem jest pierwsza trójka, że życiówka to plan minimum, no i że piniondz piniondz i jeszcze raz piniondz. Chciałbym w tym momencie poprosić każdego zbłąkanego internautę, który w bezmiernym oceanie internetu trafił akurat na tę stronę o głośne wyśmianie autora. Dla osób mających problem z wyśmiewaniem innych ludzi przygotowałem małą ściągę:

Buahaha!

Hue hue hue!

Sesesesese!

Z tym maratonem to jest trochę tak jak z ruletkowym graniem w czarne/czerwone. Albo jesteś perfekcyjnie przygotowany i wszystko idzie zgodnie z planem, albo nie jesteś do końca przygotowany i dostajesz bęcki. Prosty i logiczny system zero jedynkowy. Chodzi mi o to, że nie ma trzeciej drogi, albo wte albo wewte. No i umoczyłem, to były 42 kilometry mordęgi, którą zapamiętam na pewno na długo.

O ile przed swoim ostatnim maratonem w 2016 roku przez cały tydzień czułem się rewelacyjnie, o tyle przed Szczytnem te poprzedzające 6 dni zwiastowały, że mogę w niedzielę zaliczyć zgona. Ciężka noga, podwyższone tętno a czas mijał, odhaczałem kolejne godziny, wtorek, środa, czwartek i nic. Czy wiem skąd ta niemoc? Wydaje mi się, że wiem, nie będzie to szczególnie trudne do zdiagnozowania, wystarczy rzucić okiem na ten obrazek:

tlumaczonko

84 km wylatane w tygodniu na 7 dni przed maratonem to była moja największa objętość od lutego. Przekombinowałem. Czułem się mimo wszystko za pewnie, chciałem dosadzić sobie jeszcze trochę km w tym okresie startowym, żeby do-ostrzyć formę a wyszła tępa dzida. W tym 84 kilometrowym tygodniu latałem żwawo. Jeszcze na jakieś 12 dni przed maratonem w upale zrobiłem 17 tkę po 4:09 na śr hr 145 i jak wróciłem do domu powiedziałem żonie – kochanie, jestem mega mocny, machnąłem szybszą 17 tkę, a czuję się jakbym co najwyżej był wyrzucić śmieci!

No ale dobra, do rzeczy, bo gadam gadam i nic z tego nie wynika.

Start! (aha jeszcze jedno, pogoda była ciężka tylko że w moim wypadku to nie miało absolutnie żadnego znaczenia, gdyby warunki panowały idealne i tak tego dnia przybiegłbym tak samo daleko).

Start!

Pierwszy kilometr w 3:50 i to jest nawet niezłe otwarcie gdyby nie taki drobny fakt, że noga mnie nie słucha. Ja do niej – naprzód! A ona do mnie – pocałuj mnie w rzepkę. Ja do niej – w górę! a ona na to – chyba ty….Ja, że wio! Ona – prrr….Czyli trwa dokładnie ta sama sytuacja co przez cały ostatni tydzień. Ale okej, lećmy dalej, może coś się zmieni. 2 km – 3:56. 3km 3:39, 4 km 3:39 i tu mi coś nie pasuje, ale zwalam to na źle ustawione znaczniki, stwierdzam, że później się wyrówna. A poza tym, mimo że kilometry były szybsze to i tak biegłem daleko dopiero na 6 miejscu ze sporą stratą do czołowej grupki. 5 km – 3:51, 6 km – 3:48, 7 km – 3:51, 8 km – 3:49…Generalnie, patrząc z boku na te międzyczasy to wszystko się zgadza – właśnie tak chciałem biec a nawet odrobinę wolniej ale że traciłem dużo metrów do liderów to postanowiłem trzymać takie tempo. Czułem jednocześnie że coś się święci, bo po prostu zbyt dużo sił mnie ten bieg kosztuje, a nie mamy jeszcze nawet dyszki na liczniku. A propos dyszki – 38:11. No i w zasadzie to by było na tyle. Zacząłem wraz z kolejnymi kilometrami powoli schodzić do lądowania, kołowanie nastąpiło dokładnie na wysokości 14 kilometra – 4:02. I ja już wiem w tym momencie, że jeśli chodzi o bieg to te zawody są dla mnie zakończone. Teraz zacząłem się jedynie głowić, jak mam z 14 km dotrzeć do 42 km używając jedynie nóg. Tych samych nóg, które mają mnie już od kilku dni w dupie, a wydaje mi się, że powinno być jednak trochę na odwrót! 😉

15 km w 3:56 i nawet przez chwilę przemknęło mi przez głowę, że może wracam, ale…nieeee, 16 km wyjaśnia mi sprawę – 4:02, kilometr numer 17 też postanawia włączyć się do rozmowy ze swoim 4:09. Zaczynam sobie liczyć w głowie, że dopóki będę biegł szybciej niż 4:17/km to wciąż będzie to tempo na 2:59, co byłoby w tych warunkach wynikiem nawet nie takim najgorszym. 18 km w 4:13, ale już 19 w 4:19 i jest bombka. Na 20 km zatrzymuję się po raz pierwszy. Jest trochę cienia i punkt z wodą. Piję łapczywie, pociągam żel i rozważam w głowie co ja mam z tym biegiem dalej robić. Ale okej, spróbujmy, chociaż jeszcze trochę, chociaż do półmaratonu. HM – 1:24;14. Czyli nawet jak pobiegnę drugą część w 1:30 to i tak złamię te 3h. Tylko że chwilę po tej błyskotliwej obserwacji łapie mnie kolka. Z początku lekka, ale z każdą sekundą kuje coraz mocniej. Próbuję masażu, terapii szokowej w postaci uderzeń z piąchy, jakiegoś rozciągania, pomaga tylko chód…więc idę. Przestaje. Zaczynam biec – ból powraca. No zwariuję! Jakaś głupia zabawa w ciuciubabkę. Ja stoję – kolka stoi, ja ruszam, kolka rusza. Nie wiem co robić, próbowałem wszystkiego…no prawie wszystkiego – skoro wolny bieg nie pomaga, to może przyśpieszę. I tym sposobem 24 km wychodzi mi w 4:27 a kolka jakby cichnie. Tak, te 4:27 to było przyśpieszenie, bo poprzednie 3 km marszobiegiem robię między 4:45 a 4:39. Od momentu kiedy kolka przestała doskwierać wdrożyłem w swój bieg pewien system. Celem stawały się kolejne punkty z wodą. Na miejscu zatrzymywałem się, piłem w opór i równie obficie oblewałem się wodą. Na szczęście w pewnym momencie punkty rozstawione były bardzo gęsto, nawet w odległości 1km-2km. System z zatrzymywaniem się na picie skutkował takim oto tempem kolejnych kilosów – 25km – 4:38, 26km – 4:21, 27 km – 4:41, 28 km – 4:23, 29 km – 4:31, 30 km – 4:38. Na trzydziesty kilometr docieram w 2:04;50 i robi mi się smutno, bo w Poznaniu na tym etapie biegu byłem w niecałe 2 godziny z mnóstwem energii w mięśniach. To nie jest jednak Poznań 2016, to są wsie pod Szczytnem 2018, a ja zastanawiam się, czy jeśli przejdę teraz w marsz już do samej mety to złamię 3:30? Ale biegnę, wciąż biegnę, tylko co to jest za bieganie? 31 km w 4:28, 32km – 4:42, 33 km – 4:44, 34 – 4:18, 35 km – 5:06, 36 km – 4:39, 37 km – 4:41, 38 km – 4:48, 39 km – 4:40, 40 km – 4:43, 41 km – 4:54, 42 km – 4:28. Padałem głównie mięśniowo, łydki, uda, cały aparat ruchu zachowywał się tak, jakby nigdy na treningu nie wybiegał trzydziestki. Na ostatnich 200 metrach które trwały wieczność zacząłem dopiero głośniej oddychać, ale poza tym tlenowo nieźle. Energetycznie? Ledwo zjadłem 1 żel (chodzi o większy 80g Olimpa) i może 1/3 drugiego. Nie wchodził mi ale też przy tym wolnym tempie biegu to wiele by żelowanie i tak nie zmieniło.

32264367_1768166689933341_8911601443169894400_n

Wtoczyłem się na metę w 3:02;53 i 8 miejscu OPEN. Do chłopa z miejsca nr 7 straciłem niespełna 10 minut(!). Paradoksalne jest jednak to, że byłem szczęśliwy. Szczęśliwy, że ten koszmar się już skończył, że już nie będę musiał więcej biec. Okazało się to co prawda trochę pobożnym życzeniem, bo jakieś 3 godziny później biegłem na tramwaj…ale 😉

Na mecie przysiadłem w cieniu na murku i zachciało mi się autentycznie płakać. Nie nad wynikiem, ale nad tym jak bardzo potrafi boleć maraton. Czułem się trochę jak pan Twardowski, którego diabeł zabrał do piekła i pokazał mu tam dobitnie jak się sprawy mają. Nic fajnego. Nie chcę już więcej czegoś takiego przeżyć. Maraton przy okazji? Nie polecam. Trzeba przyznać, że przyzgonowałem uczciwie. Pierwsza połówka w 1:24, a druga w 1:39, ktoś da więcej? 😉 Zawsze ciekawiło mnie co czują ludzie robiący taki brutalny positive split na maratonie. Już wiem.

Tymczasem liżę rany. Kolejne dni pokażą czy jeszcze coś uda się postartować tej wiosny, czy już jednak trzeba wyzerować licznik i zacząć misję jesień.

PS. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za wyrażenie opinii w ankiecie. Do wyników odniosę się w osobnym wpisie.

PS2. Bardzo dziękuję organizatorom Maratonu Juranda za punkty z wodą. Uratowaliście mi życie i wcale nie jest to metafora, tylko fakt. Powiem więcej – fakt autentyczny! 😉 Pomagał mi też na trasie rowerzysta wspierając dobrym słowem, gąbką i bidonem z wodą, także – wielkie dziękuję!

….

fot. KB Jurund Szczytno /facebook/

fot. Tygodnik Szczytno

16 myśli na temat “29 Maraton Juranda

Dodaj własny

  1. Dzięki że dzielisz się swoimi błędami, a my – czytelnicy, możemy się na nich uczyć. Na pewno skorzystam, choć w moim przypadku maraton nie wchodzi w grę jeszcze pewnie przez dwa sezony.

    Polubienie

  2. Mimo wszystko gratulacje za ukończenie i za walkę do końca. Ja biegłem dziś 10k także w Szczytnie, positive wyszedł mi prawie 1,5 minuty!!!, o dziwo kosztowało mnie to tylko 2 miejsca co pokazuje warunki jakie były na trasie. Podziwiam dzisiejszych maratończyków to musiało boleć w tym upale. Życzę powodzenia.

    Polubienie

  3. No i dobrze ci tak, do maratonu trzeba z szacunkiem 🙂 A masakrowanie się takiej pogodzie przez dwadzieścia parę kilometrów – ładny masochizm, ja tam bym tego rowerzystę nie prosił o dobre słowo tylko o podwózkę.

    Polubienie

    1. Hehe, no powiem Ci szczerze, że też oddałbym wszystkie kubki z wodą za kawałek roweru w tamtym momencie 🙂 A już nie pytaj co bym oddał za kawałek samochodu…z podwózką na tylnej kanapie…:) No niestety, ale już na pierwszym kilometrze nie czułem ani grama luzu, ten bieg się skończył zanim się zaczął.

      Polubienie

  4. Bieg może ch…ybotliwy ale tekst „nogi mają mnie w dupie, a chyba powinno być odwrotnie” prima sort!
    Forma zatem nie taka najgorsza 😉
    Ps. Jakby mi strzeliło do czerepa biec maraton ‚przy okazji’ , a już szczególnie przy okazji walczyć o trójkę to przeczytam sobie po trzykroć 😉

    Polubienie

  5. Może i wynik bez rewelacji, ale szacunek za walkę i że nie zszedłeś z trasy. Nikt raczej nie poszalał w Szczytnie tego dnia, było naprawdę ciężko. Jeszcze będzie dobry dzień na życiówkę w maratonie, o ile kiedyś będziesz chciał i termin Ci będzie pasował 😉

    Polubienie

  6. Człowiek uczy się całe życie – zapewne wyciągniesz z tego wnioski do następnego maratonu.
    To kiedy kolejny? 🙂

    Gratulacje za walkę.

    Polubienie

Odpowiedz na Piotr Bieliński Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: