VII Biegiem po wichrowskich lasach

Po biegu w Wichrowie mam co najmniej kilka frapujących refleksji, na które z pewnością z wielkim zainteresowaniem czeka właśnie cały świat. A ja świata nie zamierzam zawodzić, dlatego czym prędzej, już za chwilkę, gdy tylko skończę pisać ten wciągający jak wenezuelska telenowela LEAD, podzielę się ze światem swoimi przemyśleniami natury ogólnej jak i szczegółowej. A zatem – stając okoniem do maksymy mówiącej o tym, aby łączyć zamiast dzielić…. – Dzielę się:

Kilka chwil po biegu przypomniał mi się pewien dowcip, który natychmiast przerobiłem na swoją modłę. Dowcip ten w mojej interpretacji brzmi następująco – Jestem tak wielką biegową kaleką, że gdyby tylko odbyły się mistrzostwa świata biegowych kalek, to zająłbym w nich 2 miejsce. Dlaczego dopiero drugie, zapytacie? Ano dlatego, że jestem tak wielką biegową kaleką, że nawet tu bym przegrał.

No ale trochę godzin minęło i dziś gdy piszę ten tekst nie jestem już dla siebie tak surowy. Wycisnąłem z tego biegu tyle ile mogłem, na więcej po prostu nie było mnie w sobotę stać.

A była to deszczowa i pochmurna sobota, która zaczęła się dla mnie od Olsztyńskiego dworca i łapania busika do Wichrowa. Ledwo zdążyłem wsiąść, gdy kierowca stwierdził, że odjeżdżamy choć według moich obliczeń do planowanego odjazdu został jeszcze kwadrans….Hm, stwierdziłem że może to i dobrze, przynajmniej dotrę na miejsce ze sporym zapasem czasowym. W busiku pozostały już tylko miejsca stojące, więc w pozycji lekko przygarbionej – stojącej, przyszło mi spędzić kolejne – jak się okazało – dość długie minuty. Pan Busista zamiast popędzić wprost na Dobre Miasto i tym samym oszczędzić mi tej wątpliwej przyjemności długiego podróżowania publicznym środkiem transportu zaczął kluczyć po wszystkich możliwych okolicznych wioskach. W związku z tym podróż przeciągała się niemiłosiernie. W busikowym radiu najpierw leciał Enej, potem życzenia dla matek, a na końcu jakiś Rafał, radca prawny mówił coś o RODO i przetwarzaniu danych przez sklepy internetowe, hm 😉 Na szczęście podróż wreszcie dobiegła końca, a ja wyprostowawszy swoje przygarbione kości ruszyłem pieszo jeszcze około 1,5 km do biura zawodów. [Podróżuję publiczną komunikacją zasadniczo z jednego powodu. Mam żółte papiery i nie chcieli mnie dopuścić do kursu na prawko. Ale o tym wolałbym zbytnio nie rozpowiadać, także liczę na dyskrecję.] Wracając jednak do mojej przechadzki, ledwo zdążyłem pokonać 100 metrów jak zatrzymała się jakaś limuzyna z dobrym człowiekiem, który zaproponował mi podwózkę pod same drzwi biura zawodów. Ów miły człowiek odwiózł mnie również i po zawodach, za co stokrotne – dziękuję.

Na miejscu to już wiadomo, standardowa procedura przedstartowa – najpierw szybki numerek, a potem papierosek…yyy, znaczy się – rozgrzewka. No jeszcze wypada wspomnieć o ręcznych robótkach w toalecie…oczywiście mowa o zwolnieniu blokady i opróżnieniu bębna z kuleczek. No dobra dosyć już tych żartów, bo tu się poważny start zapowiadał. Czułem się trochę okej, a trochę zmulony, trochę fajnie, a trochę ciężko, trochę skoncentrowany a trochę rozregulowany. Nijak.

Start!

Potrzebowałem stu metrów żeby zorientować się, że szału to dzisiaj nie będzie. Po prostu od początku było dla mnie za szybko. Nogi totalnie nie nadążały za rywalami, którzy już na pierwszym kilometrze wyraźnie uciekli. Toczyłem się na 5 miejscu z nadzieją, że grupka przede mną będzie się z czasem wykruszać.

[Nie wiem czy kojarzycie eliminacje mistrzostw świata 1998? To był taki smutny okres w dziejach polskiej piłki nożnej, kiedy częściej musieliśmy patrzeć na to co zrobią rywale, niż liczyć na siebie. Musieliśmy wierzyć, że inni stracą punkty, że Anglia przegra z Gruzją 10 do 0, a my w tym czasie rozgromimy Włochów 8-1 i jeśli jeszcze Mołdawia dokopie Italii to wtedy może ewentualnie będziemy mieć szansę, żeby zagrać w barażach i pojechać na Mundial.]

Czułem się w tym biegu trochę jak nasza reprezentacja sprzed lat, sam byłem bezradny, musiałem natomiast liczyć, że rywale zaczną w pewnym momencie zwalniać.

Jako pierwszy wykruszył się pan Marek, którego dogoniłem dopiero gdzieś przy tabliczce z 4 km. Strata do reszty nie za bardzo jednak chciała drgnąć. Biegłem z poczuciem, że pędzę na złamanie karku, a tu nic, null, zero. Na 5 km okazało się, że lider, który był tego dnia totalnie poza zasięgiem – pomylił drogę. Wcale mu to jednak nie przeszkodziło, szybko nadrobił jakieś 100 metrów i wrócił na prowadzenie. Ja tymczasem ścigałem pana Przemka i pana Rafała. Stwierdziłem, że to jest właśnie ten moment kiedy trzeba w końcu choć trochę zniwelować stratę. Cisnąłem i ostatecznie w okolicach 6 km wyprzedziłem obu. Byłem drugi. Normalnie w takich sytuacjach, gdy wyprzedza cię ktoś w drugiej części dystansu bo zwalniasz, to się po prostu poddajesz, odpuszczasz i jest po zabawie. Co nie? 😉 A Oni się cholera uparli i jakby przyspawani lecieli tuż za mną nie odstępując ani na krok. Z lekka mnie to spięło. W końcu te całe gonienie i wyprzedzanie trochę sił kosztowało i nie za bardzo byłem gotowy na jakąś kontrę i próbę sił. A tymczasem między 6 a 8 km trwało między nami niezłe szarpanko. Raz jeden, raz drugi, raz trzeci. Co chwilę nasze trio zmieniało lidera.

Na 9 km zostaliśmy już tylko z panem Przemkiem. Spadłem na 3 miejsce trzymając się jednak blisko pleców rywala. I właśnie wtedy przed nami pojawił się ostry i krótki zbieg po korzeniach prosto na śliski drewniany mostek. Pan Przemek zwolnił, ja natomiast pomyślałem sobie dość filozoficznie – albo zginę, albo dobiegnę na tym cholernym 2 miejscu! I ruszyłem w dół niczym kozica wskakując na 2 pozycję. No i to było już jakieś 600 metrów do mety po dość równym wygodnym gruncie. Cisnąłem, charczałem, stękałem i na ostatniej prostej jeszcze z 10 razy spojrzałem za siebie, by sprawdzić czy aby na pewno przewaga jest bezpieczna.

Lało jak z cebra, czyli pogoda jaką lubię. Do pełni szczęścia potrzebowałem jedynie swoich nóg sprzed miesiąca, z Orlenu, albo sprzed 2 miesięcy z Gdyni. Zamiast nich dysponowałem jedynie tanimi podróbkami made in China i musiałem sobie z nimi jakoś poradzić. 2 miejsce to max co mogło z tej mojej sobotniej formy wyjść. Czy w Elblągu będzie cokolwiek lepiej? Jak to mówią osoby popisujące się znajomością języków – who knows?

Reasumując: 2 miejsce OPEN, czas 36:45 (jak na cross wynik jest w dolnych granicach przyzwoitości, ale jednak przyzwoitości).

PS. Z tymi żółtymi papierami to żartowałem. Ktoś dał się nabrać? 🙂

PS2. Mam wszystko z akt wyczyszczone po tym jak zaniosłem swojemu psychiatrze drobny upominek w kopercie.

PS3. Znowu żart 😉 Normalnie nie mogę przestać dowcipkować, jestem jak satyryczne perpetuum mobile, które raz wprawione w ruch nie może się zatrzymać. 🙂

fot. Maciej Chromy

5 myśli na temat “VII Biegiem po wichrowskich lasach

Dodaj własny

  1. Czas naprawdę niezły jak na latanie po lesie, a miejsce tym bardziej powinno zadowalać. Poza tym tak jak w bieganiu bywa różnie, tak wpisy na blogu wychodzą Ci zawsze pryma sort! 😀

    Polubienie

      1. Król był tylko jeden i koniec 😛 Albo też jak ośmiorniczki tudzież kalmary, którymi tak się z żoną zajadacie 😀

        Polubienie

  2. Start w Wichrowie? Super, Też mam spory sentyment do tego biegu. Miałem tam swój biegowy debiut w 2014 r. z oszałamiającym wynikiem 46:27. Zdecydowanie zatem Twój wynik doceniam 🙂

    Podzielam też tęsknotę za formą z Orlenu. Moje treningi i poważne starty przegrywają ostatnio z tymi 4 literami które wskazałeś w tekście (oraz ciastkami).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: