Ave trening!

Dokładnie 1 marca biegałem po białostockim rezerwacie Antoniuk. Piękna śnieżnobiała zima, przyjemny chłód i świeży śnieg, który dopiero co chwilę temu spowił drzewa i przykrył leśne ścieżki. Pejzaż jak z bajki. I tylko tabliczka informująca – uwaga dziki! – nieco rozbijała mój wewnętrzny spokój. Chwilę później zabłądziłem, co też wprowadziło dodatkowy dreszcz emocji. Ale i tak wspominam tamto rozbieganie bardzo przyjemnie. Trwałem w treningu, jednocześnie odliczając dni, które pozostały do docelowego startu w Gdyni.

Aktualnie natomiast trwam w treningowym zawieszeniu, za którym nie przepadam. Maj i czerwiec to zdecydowanie dwa najgorsze miesiące w moim biegowym roku. Nie wiem za co się tak naprawdę wziąć. Czekam. A w zasadzie próbuję przeczekać ten okres, aż w końcu będę mógł ruszyć z kolejnym treningiem, z kolejnym planem, misją, z realizacją nowego projektu i celu. Aż mnie to dziwi, bo zawsze myślałem, że biegam po to, żeby startować, żeby czuć tę adrenalinę, niepewność i podniecenie. Ale właśnie chyba zdałem sobie sprawę, że najbardziej w bieganiu kręci mnie jednak trening.

I nie chodzi mi o to, że jestem jakimś treningowym teoretykiem, który lubi dłubać w planie, kombinować z układem pojedynczych jednostek, eksperymentować i układać te treningowe klocki w jakieś ciekawe oryginalne konfiguracje. Nie, to mnie nie grzeje. Ja po prostu lubię trenować, realizować, powtarzać, a kto wie, może nawet lubię biegać? 😉

Czasami w wywiadach ze znanymi biegaczami można spotkać pytanie o najbardziej ulubiony rodzaj treningu. Chyba każdy biegacz potrafi dość szybko wyłuskać ten swój the best of the best, najbardziej ulubioną jednostkę. Jeden mówi, że zabawa biegowa, drugi, że bnp, trzeci, że jakieś konkretne tempo. Ja lubię biegać wszystko tak samo bardzo. Trochę jak ta matka, co kocha wszystkie swoje dzieci po równo.

Bywa, że gdy tylko myślę o treningu jaki będę za kilka dni wykonywał aż unoszą mi się kąciki ust w uśmiechu. Mimowolnie. Na samą myśl. Chore. I nieważne czy tym treningiem będzie długie wybieganie, tempo, cross, czy fartlek – o każdej jednostce myślę z takim samym podnieceniem, a nierzadko też ze strachem. Ale lubię ten strach.

Tymczasem już drugi miesiąc praktycznie nie trenuję. Robię krótkie rozbiegania jedynie po to, aby podtrzymać formę. Rozbija mnie ten etap w ciągu roku, etap bez planu, bez tego rytmu codziennej biegowej pracy jaki wybijałem sobie w styczniu, lutym czy marcu. Wszystko jest takie bezpłciowe, bezpostaciowe, przypadkowe i $&#jowe. I jeszcze ta alergia, podczas której poznaję wszystkie możliwe konsystencje kataru i odgłosy kichania. A oczy puchną jak jaja Riddicka Bowe pod nawałnicą ciosów naszego Andrew.

Ale już niedługo wrócę do regularnego, planowego trenowania. Jeszcze tylko miesiąc i będę mógł wdrożyć swój kolejny program przygotowań. Myślę o crossach, o sile biegowej, mocnym krótkim stadionowym tempie. Wszystko po to, aby jesienią poprawić się głównie na dystansie 5 km.

Sęk w tym, że aby biegać szybko „piątkę”, dobrze jest poprawić swojego „tysiączka”, ale żeby biegać poważnie „kilosa” trzeba poprawić czterysta metrów. Z kolei, żeby polecieć przyzwoicie czterysetkę, wypadałoby na treningu swobodnie pokonywać dwusetki w okolicach 27-28 sekund. A żeby takie tempo było odczuwalne jako luźne, trzeba mieć w nodze dynamit, albo chociaż kapiszona. I bardzo bym chciał jesienią takiego właśnie kapiszona pod nogą znaleźć.

SUB 16, albo śmierć! A najlepiej i jedno i drugie. 🙂 Życiówka okupiona porządnym biegowym zgonem. Moje plany na październik.

fot. nadystansie.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: