V Bieg Uniwersytecki/ III Bieg o puchar Bricomarche

Można powiedzieć, że w sobotę ogłosiłem biegowe bankructwo. V Bieg Uniwersytecki wyzerował mi konto. 38:15 na 10 km, 9 miejsce OPEN, tak źle jeszcze nie było. Normalny człowiek, który przegrał wszystko co ma wraca do domu, parzy herbatę, a potem stara się poukładać wszystko od nowa. Człowiek uzależniony natomiast, wraca do domu, wyciąga ze szkatułki rodzinną biżuterię, którą natychmiast spienięża w osiedlowym lombardzie, a następnej nocy wraca do kasyna, bo tym razem – karta musi się odwrócić.

Dziwne rzeczy działy się dla mnie w sobotę. Już podczas rozgrzewki wyglądałem źle, ale chciałem wierzyć, że to tylko złudzenie, że gdy tylko wyścig ruszy wszystko się zmieni. Nie zmieniło, po 500 metrach byłem już zajechany. Fatalny oddech, niemoc, słabość, cień człowieka. To, że traciłem kolejne pozycje nie było w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze było to, że traciłem oddech lecąc ledwo po 3:50/km. Najgorsze było to, że nie wiedziałem co tu się u diabła dzieje?!

Po powrocie do domu dogorywałem. Te 38 minut w popołudniowym upale przemieliło mnie jak mięso na pasztetową. Ale z drugiej strony powtarzałem sobie – nie, to się nie może tak skończyć. Nie chciałem tym wynikiem zakończyć swojego biegowego półrocza AD 2018. Około 18 – tej zdecydowałem, że dam sobie jeszcze jedną szansę. Postanowiłem odwiedzić w niedzielę kasyno w Iławie. Albo się dobiję i przegram nawet ślubne obrączki, albo ocalę resztki nadziei.

Tak więc następnego dnia wstałem o 4:30 rano, żeby zdążyć na tramwaj o 5:26, żeby następnie wyrobić się na pociąg o 6:07. Zdążyłem. Niedziela została tym samym oficjalnie zainaugurowana 😉

III Bieg o puchar Bricomarche. Atest. Dwie pętle po 5km. Oczywiście upał, oczywiście alergia i oczywiście na ostatnią chwilę dopisało się do listy startowej kilku mocnych zawodników. Do wyboru były dwa dystanse 5 i 10km, ja rzecz jasna chciałem odegrać się na tym dłuższym. 9:00 smarkam krwią. 9:59 ustawiam się w trzecim rzędzie, przygotowany na kolejną porażkę w ciągu dwóch dni.10:00, czyli dokładnie 22 godziny po biegu Uniwersyteckim:

Start!

„Piątka” i „dyszka” wystartowały razem, więc ciężko było połapać się kto jest kto, kto będzie kończył po pierwszej pętli, a kto wyruszy na kolejną. Mnie jednak walka o miejsca interesowała w drugiej kolejności, przede wszystkim chciałem pobiec przyzwoicie. Trasa choć atestowana do lekkich nie należała. Po pierwszym płaskim kilometrze, na drugim trzeba było się już trochę powspinać. Sapałem jak dzika świnia, ale przynajmniej byłem w stanie oddychać. Do 4 km trzymałem Daniela i pana Mariusza, jednocześnie zdając sobie sprawę, że z gówna bicza nie ukręcę i jeśli Oni pobiegną na swoim poziomie, to w pewnym momencie będę musiał spasować. Osobne zawody rozgrywał natomiast Wojtek Kopeć, który z tego co się orientuję, to międzyczas na „piątkę” miał lepszy niż zwycięzca „piątki”. Ja na 5 kilometrze zameldowałem się po 17 minutach i 56 sekundach lecąc na 4 pozycji. Tu jeszcze strata do podium nie była wielka, bo jedynie 10 sekundowa, ale przecież najgorsze miało dopiero nadejść.

34963038_2136396106581678_7569620529074667520_n

6 km w 3:36 i to jest jeszcze nieźle, ale 7 kilometr to już praktycznie w całości podbieg, który spowalnia mnie do tempa 4:03 i dość poważnie zubaża pokłady energii. Ale na szczęście mi wciąż chce się biec, wciąż jestem w stanie wdychać te zapylone powietrze w płuca. 8 km w 3:42 i zaczynam sobie liczyć w głowie, czy połamię dziś 37 minut. Już nie pamiętam co mi z tych wyliczeń wyszło, w każdym razie trasa zaczęła prowadzić w cień. Zrobiło się przyjemniej, a ja na 9 km złapałem sobie ponownie 3:42. I już jestem w domu, i już witam się z gąską. Została tylko droga rowerowa wzdłuż Małego Jezioraka i uda się pobiec przyzwoicie. Tak niewiele dzisiaj chcę. Chcę tylko pokazać sam sobie, że sobota była jedynie przykrym nieporozumieniem. Że nawet w tak słabym stanie, dzień po katastrofie jestem w stanie zrobić żwawszą dychę. Ostatni kilometr biegnie się najlepiej, ale jakże miałoby być inaczej, w końcu już wiem, że się udało, że na swój dziwny sposób odkręcę ten cały bieg Uniwersytecki. Dziesiąty km w 3:26, co daje na mecie 36:27 i 4 miejsce OPEN.

Przegrywam podium o 30 sekund, robię wynik 3 minuty gorszy od życiówki, ale cieszę się jak dziecko, które dostało na komunię drona, quada i 10 tyś złotych od chrzestnego. Ja nie jestem wprawiony w startach dzień po dniu, ba, to jest moja pierwsza taka akcja w życiu z dwiema dyszkami pod rząd. Całe to zrywanie się z łóżka w niedzielę bladym świtem po to, żeby poprawić sobie humor. Poprawiłem?

Poprawiłem.

Czy było mi to potrzebne?

Tak.

Czy było to mądre?

Niekoniecznie.

Czy wiem co zrobić, żeby takie biegi jak Uniwersytecki już się nie zdarzały?

Wiem.

Czy to zrobię?

Pewnie nie.

Ogólnie mam parę przemyśleń po tym półroczu. Przy czym słowo – przemyślenia, będzie trochę na wyrost, bo jestem generalnie dość tępy. I chyba to zaciemnienie umysłu stopuje mnie w biegowym rozwoju najbardziej. Instynkt, serce i widzimisię, a nie zdrowy rozsądek. Ale co dokładnie autor ma na myśli, o tym dowiemy się w kolejnym odcinku serialu – Barwy biegowego kalectwa by Krzysztof.

Póki co, muszę odpocząć. To już piąty rok z rzędu, jak w maju i czerwcu nie istnieję. Piąty rok i żadnych wniosków. Witam w moim świecie 😉

fot. infoilawa.pl

fot. Głowiak Photography

Jedna myśl na temat “V Bieg Uniwersytecki/ III Bieg o puchar Bricomarche

Dodaj własny

  1. Gratulacje.
    Takie „błędy” nie tylko ty popełniasz 🙂
    W sobotę ogólnie było jakieś „ciężkie powietrze”. Podziwiam cię, że jeszcze miałeś siły, by w niedzielę się zebrać, pojechać na zawody i zrobić taki wynik.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: