Mini podsumowanie półrocza 2018

Lubię wpadać w skrajności. Albo coś jest super, albo do niczego. Dlatego trudno jest mi zabrać się do wpisu podsumowującego ostatnie pół roku, ponieważ było to pół roku umiarkowanie udane. Ani super, ani do niczego. Średnio na jeżozwierza.

Jakiś czas temu napisałem, że dobrze jest w mieć w życiu plan. I mój plan, który nakreśliłem sobie jeszcze w listopadzie ubiegłego roku wydawał się być całkiem niegłupim. Ale mieć plan, a później konsekwentnie go zrealizować to dwie zupełnie różne sprawy.

Po kilku nieudanych startowo wiosnach stwierdziłem, że w tym roku pobiegam maksymalnie do Orlenu, a więc do końcówki kwietnia, a następnie poluzuję, zregeneruję zmęczone włókna wolnokurczliwe i w połowie maja zacznę spokojnie wprowadzać się w trening pod drugą część roku. I wszystko szło jak z płatka, planowo co się zowie. Najpierw uczciwa zimowa baza, rekordowa objętość, dużo treningów w prędkościach półmaratońskich, życiówka w Gdyni, choć pizgało jak w Kieleckim. Potem dosłownie kilka akcentów na prędkościach pod 5km. Wyrównane PB na SGH i tydzień później solidnie poprawiona życiówka przy okazji biegu Oshee na 10 km.

Nie wiedząc jednak czemu w tygodniu zaraz po Orlenie pomyślałem sobie pierwszy raz od dawien dawna – kurdę, dobry jestem. 😉 I to był błąd.

Najpierw rzuciłem się na maraton w połowie maja, jak amator sezonowych owoców na truskawki za 6,5 zł. Maraton odbił się czkawką, ale szczególnie nie przytępiło to moich startowych ambicji. Skakałem na główkę do basenu, który stopniowo opróżniał się z wody, aż ostatecznie przy okazji biegu Uniwersyteckiego wylądowałem czołem centralnie na zimnej posadzce.

Pomyślałem sobie wtedy – kurdę, i dlaczego nie trzymałeś się planu?

Zimą idzie, przedwiośniem idzie, jesienią idzie, ale w maju i czerwcu bieda klaruje się jako odwrotnie proporcjonalna do reszty roku. I choć ładnie to zabrzmiało, to nie mam pojęcia co przed chwilą napisałem. 😉

W każdym razie plan na przyszły rok jest taki, żeby odpuścić sobie mocne ganienie w okresie wzmożonego pylenia traw i innych konopi. A plan na jesień jest taki, żeby przyatakować 16 minut na 5 km. W tym celu będę chciał latem trochę pokrosować, poskipować, pokręcić chyżej nogą na spalonym sierpniowym słońcem tartanie. Ale żeby móc to wszystko zrobić najpierw muszę odpocząć – co aktualnie czynię – a następnie delikatnie wprowadzić się w trening – co powoli zamierzam czynić.

Najlepszy bieg? Oczywiście marcowy City Trail.

Najgorszy? Oczywiście czerwcowy Uniwersytecki.

W cyferkach to niepełne półrocze wygląda w ten sposób, że wystartowałem 11 razy, przebiegłem 1800 km, najwięcej bo 505 km w styczniu, a najmniej – 226 km w kwietniu. 1 raz pomyślałem, że jestem mocny. O 1 raz za dużo.

fot. nadystansie.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: