Co mi służy, co mnie rujnuje (2 tydzień)

Szklarska Poręba jest przereklamowana. Byłem tam kilka razy i jeszcze nigdy nie wróciłem na niziny z formą. Byłem tam z rodzicami, z chłopakami, z dziewczynami…no dobra, tylko z jedną dziewczyną (ale za to z ładną!) w każdym razie pod względem budowania sportowej kondycji jeszcze mi się ta lokalizacja nie sprawdziła. Zresztą z tego co widzę i czytam na stronach biegaczy wszelakich – Szklarska potrafi wyjść bokiem nie tylko mi. Trening w górach jest jak miecz obosieczny – można coś ponoć zyskać, ale dużo więcej stracić.

No chyba, że są to Góry Opawskie, tutaj zyskuje się zawsze. Góry Opawskie generalnie rzecz ujmując są niskie jak Danny de Vito, ale jednocześnie najwyższe na Opolszczyźnie, więc należy je szanować. Można powiedzieć, że w tych naszych opolskich górach wszystko kręci się wokół Biskupiej Kopy. Nikt tutaj nie wdrapuje się na inny szczyt niż właśnie Kopa, która jeśli chodzi o polską stronę gór Opawskich jest położona najwyżej (liczy 890 m n.p.m.). Szczyt wieńczy wieża widokowa przypominająca morską latarnię z której rozpościera się widok choćby na jezioro Nyskie, Kotlinę Kłodzką, czy nawet Karkonosze.

IMG_5588[1]

Obozowaliśmy w pobliskiej Pokrzywnej i Jarnołtówku wiele razy i po każdym takim pobycie wracałem do KK mocniejszy. Kopa i te polsko – czeskie szlaki zdecydowanie mi służyły. Zimą trener kazał zakładać worki na stopy, żeby nie przemoczyć skarpet w grząskim śniegu. W schronisku pod Kopą zamawiało się herbatę z cytryną za 1,5 zł, która smakowała lepiej niż wszystkie dwanaście potraw wigilijnych razem wziętych. Tempo biegało się wokół basenu w Pokrzywnej, a podbiegi targaliśmy na trasie w kierunku Żabiego Oczka. Któregoś razu Pekaes do Prudnika nie przyjechał i trenerzy zaordynowali, że będziemy wracać z obozu na piechotę. Z torbami. 10 kilometrów. Na szczęście po drodze udawało się kolejnym osobom sukcesywnie łapać „stopa” i tym sposobem dotrzeć na prudnicki dworzec kolejowy, gdzie czekała dalsza podróż. Na Kopę wdrapywało się ze wszystkich możliwych stron – od basenu, z Jarnołtówka, czy wzdłuż potoku. Atak na szczyt można było też przypuścić z samego Prudnika, ale tego nigdy nie zrobiłem…aż do poprzedniej środy.

Pociąg z Kędzierzyna do Prudnika jedzie niecałą godzinę. Przed 9:00 byłem na miejscu i zgodnie z planem powinienem odczekać kolejną godzinę na Pekaes do Pokrzywnej, ale coś mnie podkusiło…po co czekać i tracić czas, skoro mogę dotrzeć do Pokrzywnej szlakiem i tym samym nabić trochę więcej kilometrów niż pierwotnie zakładałem? Na papierze wszystko wyglądało łatwo, miło i przyjemnie – prosty szlak leśnymi ścieżkami, 13 km i będę pod wiaduktem w Moszczance. Zacząłem spokojnie świńskim truchtem nie spodziewając się zupełnie, że za chwilę szlag mnie na tym szlaku trafi. Góra, dół, góra, dół, chaszcze jakieś, trasa jakby zupełnie zapomniana przez Boga i turystę, dzika, zarośnięta. Ciężka co się zowie. Zgubiłem się raz, ale na krótko. Za drugim razem dodałem sobie już dobre 2 kilometry lecąc przez wysokie trawy zupełnie poza niebieskim oznakowaniem. Szczęście w nieszczęściu że w porę zorientowałem się, że coś tu brzydko pachnie. Później była tabliczka z informacją – zakaz wstępu. W połowie drogi miałem zawrócić, bo w pobliżu prowadzone są prace wydobywcze na kopalni i mogę dostać odłamkiem jakiegoś kamienia. Prace – według informacji z tabliczki – miały rozpoczynać się o godzinie 10:00. Spojrzałem na zegarek – 9:46. Pomyślałem, że 14 minut to spory zapas żeby uciec śmierci i ruszyłem dziarsko przed siebie.

IMG_5578[1]

Później była leśniczówka w dolinie, jakiś dziadek z grzybami i podbieg taki że aż kiszka stolcowa miała ochotę wyjść na zewnątrz. A potem oczywiście ostro w dół, widoczki i te sprawy. Następnie dotarłem do osady Wieszczyna, gdzie pan kosił trawę przy schronisku młodzieżowym i był to jedyny człowiek którego w tej opuszczonej wsi spotkałem. Potem kawałek asfaltem i patrząc na Kopę z perspektywy pól na nizinach zorientowałem się, że ja tu już jednak kiedyś byłem. Dawno temu z rodzicami, jeszcze jako kilkuletnie dziecko. Pejzaż był jak taki flashback z przeszłości, „de ża wi” co się zowie. Potem znowu górki jakieś i ostro w dół jak po jednym z klifów w Ustce. Byłem na miejscu. Albo inaczej – po 2 godzinach byłem na miejscu, w którym pierwotnie miałem dopiero zacząć całą wycieczkę na Kopę.

Teraz już tylko 8 km na szczyt. Zamiast próbować wbiegu klasycznym wygodnym żółtym szlakiem znowu zmieniłem plan i spróbowałem swoich sił na czerwonym oznaczeniu. Szlak okazał się być totalnie niebiegalnym, zarośniętym, kamienistym i wcale nie skrócił mi drogi. W porę uciekłem z czerwonego na żółty ale potem znowu wlazłem w czerwień omijając schronisko i kierując się bezpośrednio na Kopę. Miałem serdecznie dość tej wycieczki. Żar wylewał się z nieba hektolitrami, w nogach już ponad 20 kilosów po górkach i w głowie tylko jedna myśl – niech już wejdę na ten szczyt i zamówię sobie zimne piwko od Czecha w wieżyczce. Ta myśl pchała mnie ku górze jak na autopilocie.

36644170_10209709695817512_7757548854630678528_n

I rzeczywiście pod wieżą na Biskupiej Kopie pewna Czeszka handlowała Kofolą i piwem w kilku wariantach. Wziąłem Zlatego Bazanta prosto z lodówki i osunąłem się w cieniu na ławeczkę. 25 km marszobiegu, 3 godziny w trasie, ale wreszcie byłem u celu.

IMG_5584[1]

Zbiegałem dość wygodnym zielonym szlakiem wzdłuż potoku, który doprowadził mnie na przystanek PKS w Pokrzywnej. Ledwo zacząłem wertować rozkład jak podjechał Pekaes. Tym razem do Prudnika podjechałem autobusem w jakieś 10 minut, dla porównania szlak w pierwszą stronę zajął mi bite 2 godziny na autonogach.

profil_kopa

I na tym kończy się historia o moim górskim epizodzie w tym roku. Formy mi to raczej nie przyniesie, ale przynajmniej mam o czym pozanudzać na blogu.

W drugim tygodniu wakacyjnych treningów przebiegłem 70 km i około 40 km przejechałem na rowerze. Wczoraj wybrałem się na Kortowo porobić trochę rytmów po bieżni i prawie mnie takie przebieżki ukatrupiły. Tempo 16-17 s na stumetrówkach i to byłoby na tyle, szybciej kręcić nogą po prostu nie dawałem rady.

I tym pesymistycznym akcentem wkraczam w 3 tydzień przygotowań. Jak na razie – bez planu, bez ładu i składu. Wyglądam z nadzieją City Trail w przyszłą środę, bo co jak co, ale pętla nad Długim podobnie jak Góry Opawskie zazwyczaj mi służy.

2 myśli na temat “Co mi służy, co mnie rujnuje (2 tydzień)

Dodaj własny

  1. Przeczytałam ten wpis siedząc na ławce na Hali Szrenickiej. Akurat zrobiłam sobie małą przerwę. Lubię Szklarską, przyjechałam na 2 dni, zrobiłam jeden trening, poszłam w góry, pije piwko, jest gitara. Jednak skutecznie zachęciłeś mnie do odwiedzenia naszych gór, mam nadzieję, że ogarnę Kopę jeszcze w ramach urlopu 🙂 Pozdrawiam!

    Polubienie

    1. Zazdro 😉 Ja też lubię Szklarską, tak prawdę mówiąc, tylko z tym budowaniem formy jakoś mi się nie sprawdzała 🙂 Kiedyś z Dżordżem wybraliśmy się z Michałowic aż na Śnieżkę i z powrotem…Wycieczka ze 40 kilometrowa jak ta lala 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: