Pinokio (tydzień 4)

Jeśli ktoś czyta tego bloga już jakiś czas to zapewne zauważył, że nie należy mi szczególnie wierzyć. Ani wtedy gdy piszę, że jestem w życiowej formie, ani wtedy gdy jęczę, że nadaję się jedynie do tarcia chrzanu, a nie do biegania czegokolwiek. Nie należy mi też wierzyć, kiedy mówię, że następnego dnia podczas zawodów nie będzie wiało. Ale to akurat temat na zupełnie inną opowieść.

Minęły już 4 tygodnie kaleczenia tego sportu/przygotowań pod sezon jesienny i jeśli miałbym zdobyć się na odrobinę szczerości to wcale nie jest tak źle jak wcześniej informowałem. Obiektywnie nie jest źle, bo subiektywnie uważam, że jest tragicznie.

O faktach się nie dyskutuje, a fakty są takie, że rozbiegania latam całkiem żwawo. Wystarczy wspomnieć, że w poprzednim tygodniu średnie tempo kolejnych rozbiegań klarowało się na poziomie odpowiednio 4:32 – 4:22 – 4:28 – 4:18 i 4:29/km, a dopełnieniem tygodnia był start w ramach City Trail.

Fakty są też takie, że nie chce mi się jak na razie wziąć za poważniejszy trening. Co niedzielę obiecuję sobie – tak w tym tygodniu wreszcie podkręcę kilometraż, dorzucę rytmówki, może nawet parę podbiegów. Kończy się to jednak od miesiąca tak samo – marne 60 km objętości i ani metra więcej, rytmów tyle co kot napłakał a siła biegowa istnieje w moim planie jedynie teoretycznie.

Kolejnym szczerym faktem na mój temat jest to, że lubię szarugę. Kiedy normalni ludzie wpadają w jesienną chandrę ja odżywam. Moja ulubiona pora roku to przełom października i listopada, a zmianę czasu z letniego na zimowy obchodzę z większą pompą niż Sylwestra. Lubię gdy z rana jest jeszcze ciemno, a noc zapada kilka chwil po 16 – tej. Lubię gdy słońce schowane jest za chmurami, a świat za mgłą. Tak w skrócie wyglądają optymalne dla mnie warunki do życia. Drogie lato! Ić stont!

Fakt kolejny. Coś mi się aktualnie przytyło. Waga wskazuje niebotyczne 67 kilogramy, co jest wartością której nie widziałem pod stopami już ho ho ho a może i dłużej. Nadwagą mi to wciąż nie grozi, ale jednak trzeba przyznać, że ciało zareagowało na treningowe lenistwo w ostatnich tygodniach.

Faktem jest również to, że wciąż tkwię w jakiejś biegowej apatii. Nie chce mi się biegać. Nie chce mi się o bieganiu myśleć, ani tym bardziej pisać. Gdyby na chodniku podszedł do mnie ktoś zbierający podpisy za zdelegalizowaniem biegania – podpisałbym się pod taką petycją własną krwią. Krwią z nosa, bo właśnie tak mi to bieganie ostatnio idzie.

Fakt ostatni. W niedzielę na treningu wyobrażałem sobie, że wygrywam bieg w ramach City Trail. Nic nowego, bo wyobrażam to sobie już od jakiś 5 lat. W tym momencie – tak prawdę mówiąc – tylko dlatego wychodzę na treningi. Tylko dla tego celu. Jest to ostatnia motywacja jaka mi się ostała w te podłe, gorące, duszne wakacje.

Pozmyślałem sobie, a więc pora na najkrótsze na świecie podsumowanie 😉

PODSUMOWANIE #4

Objętość – 60 km.

..

fot. Kacper Kirklewski

2 myśli na temat “Pinokio (tydzień 4)

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: