Niech konar zapłonie! (tydzień 8)

Tytuł wbrew pozorom nie ma zamiaru sugerować jakichkolwiek problemów z potencją. Wręcz przeciwnie, po ostatnim tygodniu treningowej pracy mogę za to napisać krótkie i zdecydowane – jaram się! Nie było w ostatnich dniach pustych przebiegów, każdy trening stanowił natomiast demonstrację siły i miotanie żywym ogniem. I nawet jeśli za 2 tygodnie podczas atestowanej dychy cała ta moja gadka okaże się o kant dupy rozbić. Nie. Nie żałuję.

Co dokładnie było robione? Siła. Siła. Siła. Cross, podbiegi, skipy, wieloskoki i wuchta rytmówek po murawie i w terenie. Czy te słowa mogą kłamać? Chyba nie. Słowa poniżej wytłumaczą natomiast wszystko:

A zaczęło się we wtorek od mocnego uderzenia. 10 x 120 m podbieg. Nie potrzebowałem żadnej maszynki do pomiaru laktatu, żeby stwierdzić – tak, ta górka potrafi człowieka zakwasić. Dawno nie czułem takiego odcięcia jak gdzieś w okolicach piątego powtórzenia. A potem jeszcze jedno, i kolejne i tak aż do pełnej dychy. Wracałem do domu na mdlejących nogach, ale cholernie szczęśliwy.

Środa. Rozbieganie, ale nie takie jak zazwyczaj. W tym tygodniu postanowiłem, że kilometry będę biegał tylko w jakimś konkretnym celu, a nie same dla siebie. Dlatego – kierunek stadion. Trochę sprawności i diagonale po murawie. 10 x 120m R, odpoczynek 50 m w marszobiegu. Po wszystkim zachciałem jeszcze sprawdzić nogę na odcinku 200 metrowym, dlatego zszedłem z murawy i pocisnąłem mocną rytmówkę po bieżni. To było naprawdę piękne. Po raz pierwszy od Bóg raczy wiedzieć kiedy nie szarpałem się na takiej przebieżce. Zazwyczaj ostatnie 30m to już była walka o życie i dosunięcie do linii na miękkich nogach. Tym razem od początku do końca, równy, pewny rytm i 27,9 s na mecie. Żadna 30-tka i żadne tempo maratońskie, nie sprawiły mi tyle frajdy jak taka „głupia” przebieżka.

Czwartek. Rozbieganie, ale tylko po to, żeby dolecieć do lasu na Kortowie i dopiero na miejscu sensowniej pozabawiać się sam ze sobą. 12 x 20 s R w Krosie. Oko mi się szkli jak o tym piszę. Jeszcze do niedawna tak ciężko było mi zmusić się do rytmówek. Wiecznie wymawiałem się, że – może jutro. Ten opasły – jak na mnie – kilometraż sprawiał, że nie za bardzo chciało mi się robić cokolwiek innego poza pompowaniem objętości.

Piątek. No jaha, że kolejna siła biegowa. Dobieg na stadion, sprawność, murawa i można było zaczynać. 100 metrów wieloskoku, 50 m w marszobiegu, 100 metrów skipu A i tak 4x, a na końcu jeszcze R 2×120 metrów po przekątnej.

Sobota. Postanowiłem pójść za ciosem i nie czekać z Crossem do niedzieli. Inna sprawa, że byłem ciekaw jak sobie poradzę na zmęczeniu po sile z poprzedniego dnia. Tak więc – znowu dobieg do Kortowskiego lasu a tam 8km Krosidła. Jestem mega zadowolony z tego bieganka, chociaż z drugiej strony jeśli wyjawię średnie tempo na km to szczególnego wrażenia na nikim tym nie wywrę (4;08/km). Sam nie wiem, czy powinienem się martwić, że tak wolno mi tutejszy kros wychodzi, czy raczej powodów do obaw nie ma. W każdym razie w tego typu treningu na średnie tempo raczej nie ma sensu zwracać większej uwagi. Trasa trasie nierówna. Niektórzy nazywają Krosem bieg ciągły po płaskim jak stół lesie. W moim prywatnym rankingu krosów trasa Kortowska klasyfikuje się na 2 miejscu ex aequo ze Stalowowolską, a miejsce 1 to oczywiście Kędzierzyn. Ale może to wynikać z tego względu, że akurat w KK krosy biegało się zazwyczaj w grupie, więc siłą rzeczy tempo się nakręcało i dlatego wspominam je wyjątkowo – boleśnie. Summa summarum po 6 km i 5 km Crossów z poprzednich weekendów w końcu pobiegałem dłużej i co też ważne o jakieś 12s/km szybciej niż za tym pierwszym podejściem sprzed dwóch tygodni. Śr HR 170, max HR 180.

Niedziela. Rozbieganie. Zahaczyłem przy okazji znowu o kortowski przełaj, a skoro już biegałem po okolicy to żal było po raz kolejny nie odwiedzić stadionu. Coś mi odwaliło dzisiaj. Po sprawności, skipach i rozciąganiu zacząłem sobie trenować – starty. Dokładnie starty z opadu. To jest moi drodzy parafianie prawdziwy trening szybkościowy, a nie jakieś 10x400m (i inne tego typu zabawy typowo wytrzymałościowe), jak to namiętnie próbują wciskać długasi. Za dzieciaka robiło się sporo elementów treningu typowo sprinterskiego, choć najczęściej w formie zabawy. Starty z opadu chociażby. Ale też starty z pozycji siedzącej, leżącej na brzuchu, na plecach itp. Wszystko to miało na celu pobudzić układ nerwowy do szybszej reakcji – jak mniemam. No więc stanąłem sobie na murawie i zrobiłem kilka takich startów z 50 metrowym dobiegiem w poprzek boiska. Start z opadu/pochylenia wygląda w ten sposób, że z pozycji stojącej powoli zaczynasz lecieć na ryj (tak obrazowo mówiąc). Cały myk polega na tym, żeby w odpowiednim momencie zerwać się do biegu zanim człowiek faktycznie wyląduje klatą na trawie.

Od tej pory Ryba masz mieć w dupie paragrafy – usłyszał w Kilerze komisarz Ryba. W tym tygodniu powtarzałem sobie coś bardzo podobnego – od tej pory Krzychu, masz mieć w dupie kilometraż.

Mogę?

Musisz Krzychu. Musisz wrócić do biegowego przedszkola i poukładać wszystko od nowa.

Oczywiście nie oznacza to, że naraz zjadę do 40 km objętości a jutro ogłoszę, że robię minimum na setkę do Tokio. Ale, po prostu kilometry muszą zrobić miejsce innym elementom. I przy 80km/tydzień czuję, że tego miejsca zostaje mi jak na razie tyle ile trzeba. Przy 140 km, takiego miejsca to nawet nie chciało mi się szukać.

#8 PODSUMOWANIE

Objętość – 83,5 km

Siła Biegowa – x2

Cross – x1

Rytmy – ło panie, straciłem rachubę 😉

Hasło – Sierpień miesiącem trzeźwości.

Jedna myśl na temat “Niech konar zapłonie! (tydzień 8)

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: