Kryzys?

Różne można mieć podejście do życiowych kryzysów. Niektórzy wyznają teorię, że ilekroć zdarza nam się w życiu jakaś trudna kryzysowa sytuacja powinniśmy się cieszyć, ponieważ może stać się ona szansą na pozytywne i ważne zmiany. Oczywiście trudno jest przekonać do podobnej koncepcji osobę, której właśnie zrabowano z domu ulubione bamboszki i sto kilogramów kokainy o rynkowej wartości 4 milionów Euro, ale…może jak trochę posiedzi to zrozumie.

Jakby potwierdzeniem tej teorii jest samo greckie znaczenie słowa kryzys, czyli – przesilenie, decydujący zwrot, przełom. Sytuacja kryzysowa burzy stary ład i buduje nowy porządek, ale na innych zasadach. Od podejścia człowieka zależy tylko, czy nowe zasady będą lepsze czy gorsze.

Teoria mówiąca, że kryzys bardziej niż czymś złym i destrukcyjnym jest ogromną szansą na pozytywne zmiany aktualnie jest mi dość bliska. Chodzi oczywiście o biegowy kryzys w którym tkwię tej jesieni z wyjątkową konsekwencją. Pierwszy raz od dłuższego czasu sezon nie kończy się dla mnie jakąkolwiek poprawą a wręcz przeciwnie, można powiedzieć, że cofnąłem się w biegowym rozwoju. Jaki mam plan na tę kryzysową sytuację? Brnąć w to dalej.

Bieganie od kilku miesięcy nie powiedziało mi nic miłego. Ciągle tylko syczy, sapie, wzdycha i wzrusza ramionami. A w sobotę w Rembertowie nawet podłożyło mi do podpisania papiery rozwodowe. Przeglądam stare zdjęcia kiedy jeszcze wszystko było między nami dobrze. Wyszczerzam zęby na finiszach, pozuję z uśmiechem na tle startowych bram, chwaląc się świeżo upieczonymi życiówkami.

22282016_1628108410574473_3419049991776807944_n

Związek w rozkwicie, regularne prezenciki z Decathlonu i te wielkie plany na wspólną przyszłość. A teraz – kryzys, przesilenie i patrzenie na stoper spod byka. Z zazdrością natomiast spoglądam na pary, którym się układa. Wyglądają na naprawdę szczęśliwych. Ona – biegowa muza – w kompresji, pasku HR i najnowszych Boostach. On – jej wybranek – przecina linię mety odnotowując kolejne udane zawody. Przypominam sobie, że jeszcze niedawno też byliśmy właśnie tacy.

Bieganie….kochanie…jeszcze wszystko się między nami ułoży. – mówię rwąc na strzępki rozwodowy wniosek.

Rozczarowanie, którego nie było.

Runbertów miał być ostateczną weryfikacją formy. Pierwszy i jedyny atest na 5 km tej jesieni wyszedł jednak adekwatnie do wszystkich poprzednich startów. 16:41 po przeliczeniu na wynik na 10 km daje plus minus 35:00, a więc dokładnie ten sam poziom który uskuteczniałem od początku września we wszystkich możliwych zawodach. Stabilizacja godna pochwały, poziom godny zapłakania.

IMG_2680

Tym razem w przeciwieństwie do zeszłotygodniowego City Trail nic mi znikąd nie kapało, żadnego kataru, choroby, przeziębienia i innych problemów na które mógłbym zgonić ten wynik. Wręcz przeciwnie – szybka atestowana trasa, Złota Polska Jesień na barometrze, mocne towarzystwo na linii startu i zonk na mecie. Przedziwny był to bieg i jednocześnie dość dużo mówiący o moim aktualnym stanie. Od pierwszych metrów strasznie mnie powykrzywiało. Pracowałem rękami nierówno i pokracznie, podobnie zresztą wyglądał sam biegowy krok. Na domiar złego od początku w nogach rozgościła się wata cukrowa zamiast damasceńskiej stali. Czułem się jak człowiek który chwilę wcześniej w osiedlowej siłowni wypychał nogami ciężary na suwnicy. Nie wypychałem, i tym bardziej nie mogłem zrozumieć tej słabości w udach przy każdej próbie pociągnięcia kolana wyżej. Jak to mówią – nie było z czego biegać i tak oto doturlałem się do mety na odległej pozycji z rozczarowującym wynikiem.

No właśnie, ale czy na pewno takie bieganie powinno być dla mnie rozczarowujące? Poza tym, że jestem niesamowicie przystojny, szalenie błyskotliwy i skromny zarazem, okazuje się również że potrafię przewidywać przyszłość. We wpisie z dnia 13 sierpnia niczym wróżbita Maciej przewidziałem, że ten sezon może właśnie tak wyglądać. Jestem w przebudowie a gdzie dostawia się mur albo wyburza ściankę działową tam robi się syf. Ja od sierpnia w swoim biegowym treningu częściowo wyburzam, a częściowo buduję od nowa i póki co mam w związku z tym pod stopami trochę gruzu, pyłu, kurzu i zaprawę w oczach, ale spokojnie – to się posprząta. Tylko że najpierw trzeba dokończyć cały remont, zamiast zostawiać robotę w połowie. Dlatego właśnie moja odpowiedź na ten po trochu „kontrolowany” biegowy kryzys z jakim się aktualnie zmagam brzmi – brnąć w to dalej.

Faktem jednak jest – nie będę ściemniał że nie – nie sądziłem że zmiany w treningu będą miały aż tak negatywny wpływ na moje ogólne samopoczucie w dość długim wymiarze czasowym. Licząc od pierwszego weekendu września do dzisiaj jestem permanentnie przymulony. Były „momenty” które zwiastowały jakieś światełko w tunelu i lepsze bieganie, ale tak szybko jak coś błysnęło tak szybko ponownie robiło się ciemno. Ale nie ma co już do tego wracać, było minęło, a jak śpiewał artysta – ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy. Czy coś w ten deseń.

Przegrałem jesień, co na to wiosna?

Co teraz? Dwa tygodnie roztrenowania na początek a potem powrót do założeń postawionych w sierpniu. Baza plus siła biegowa. Krosy? A jakże. Planuję jednak trochę inaczej poustawiać akcenty. Latem rzuciłem się na siłę biegową jak Ciasteczkowy Potwór z ulicy Sezamkowej rzucał się na Pieguski. Więcej, więcej, więcej – jak to z kolei można usłyszeć w jesiennej czołówce TVN-u. Zachłanność względem podbiegów, skipów, wieloskoków i całej tej ferajny miała swoje podwójne uzasadnienie. Po pierwsze – czułem że zaniedbałem ten element biegowego treningu na przestrzeni ostatnich lat. Po drugie – ciepłe wakacyjne dni, suche podłoże czyli szeroko pojęte warunki pogodowe sprzyjały wykonywaniu tego typu ćwiczeń. Robienie wieloskoku po śliskim przy minus 15 stopniach już tak bezpieczne nie będzie.

Siły biegowej planuję więc robić mniej, postaram się za to pobiegać trochę zabaw biegowych, czego nie robiłem tej jesieni wcale. Tak skupiłem się na podbijaniu siły, że gdy zastał mnie wrzesień i perspektywa pierwszych zawodów – nie miałem w nogach obieganych jakiś żwawszych prędkości. Na koniec – objętość. Pod tym względem niewiele się zmieni, myślę, że 70-80 km tygodniowo powinno wystarczyć, żeby zmieścić wszystko co potrzebne.

Cele? 5 km i nic poza tym. Uwziąłem się na ten dystans. Po pierwsze primo – życiówka. Po drugie secundo – połamać 16 minut. Po trzecie quasimodo – powalczyć coś na City Trail.

Realizacja? Wiosna 2019. Rok 2018 natomiast oficjalnie uważam za zamknięty.

Hasło:

Trenuj. Czekaj. I udawaj, że wiesz co robisz.

fot. Runbertów – Bieg Rembertowa /sportografia.pl/

fot. festiwalbiegowy.pl

3 myśli na temat “Kryzys?

Dodaj własny

  1. Rozumiem, że jesteś niezadowolony, ale naprawdę chciałbym czuć niedosyt przy takich wynikach 😉 A forma przyjdzie, niczym Bolszewik i będzie dla Twoich konkurentów równie druzgocąca jak on. Zobaczysz 😉

    Polubienie

Odpowiedz na faraon828 Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: