Tato! Basen!

Jak to mówił oficer Crabtree w serialu „Allo Allo” – Dziń dybry!

W tym wpisie chciałbym się przyznać, do czegoś wstydliwego. Mianowicie, czasami w chwilach słabości zdarza mi się napisać coś prozo-podobnego. Jako że, chwil słabości mam ostatnio mniej niż kiedyś, to też mniej takich tworów powstaje. Wyciągnąłem jednak na dziś z szuflady taki oto kawałek:

Tato! Basen!

Doskonale wiedziałem jak rozmawiać ze swoimi rodzicami, żeby coś wydębić. Do mamy chodziło się po pieniądze. Na obóz, na zieloną szkołę, na opłacenie szkolnych obiadów. Mama kupowała buty, spodnie, koszulki i ciepłe kalesony na zimowe miesiące. Do mamy chodziłem gdy dopadał mnie głód, gdy potrzebowałem drobnych na bilet, gdy skaleczyłem się w palec puszką po konserwie. Mama była od zwykłych codziennych spraw i radziła sobie z nimi genialnie. Tato był od cudów. Jeśli potrzebowałem dowodu, że niemożliwe rzeczywiście nie istnieje liczyłem na niego.

To była wczesna podstawówka jak ktoś w sekretariacie wpadł na pomysł, żeby uczyć nas pływać. Mimo że jeździliśmy z rodzicami regularnie nad jezioro do Dziergowic wody bałem się panicznie.

  • No płyń. Czemu nie płyniesz? To nie jest trudne. Po prostu – płyń.

Mama i tata licytowali się kto udzieli mi gorszej porady.

  • O! Popatrz jak ten chłopak ładnie pływa. Nic się nie boi. To proste, tylko musisz przestać się bać. Płyń jak on.
  • Mamo, dostałem jedynkę z polaka.
  • Co?!
  • Ale inni też dostali.
  • A co mnie inni interesują?! Nie porównuj się z innymi!

Miejska pływalnia pachniała chlorem z daleka. Jeszcze nasz szkolny autobus dobrze nie zaparkował pod głównym wejściem a już było mi niedobrze. Benzyna, odpalana zapałka, gaz czy nawet rozpuszczalnik – prawdziwe chłopięce zapachy, które zamiast drażnić pobudzały. Chlor to nie była moja bajka, a chlor połączony z głębokim basenem tworzył scenografię dla prawdziwego horroru. Pierwsze zajęcia z pływania miały charakter zapoznawczy. Chodziliśmy przy brzegu zanurzeni po klatkę piersiową, oswajając się z wodą, a w moim wypadku również z wonią. Na górze stała kobieta, która pełniła rolę nauczycielki. Wystraszyłem się jej od pierwszego wejrzenia. W ręku trzymała długi kij do ratowania ewentualnych topielców, a w ustach gwizdek.

  • Nie bać się!

Powtarzała.

  • Nie bać się! Tu nie można się utopić!

Tydzień później znowu byliśmy na pływalni. Kobieta pełniąca rolę nauczycielki wyglądała tak samo strasznie. Jej włosy szorstkie jak pumeks, jej spojrzenie przeszywające jak Łucznik mojej cioci, który tak szczelnie przytwierdzał łaty. Znowu stała z kijem i zaganiała nas do wody jak zagania się bydło na przyczepkę.

  • Nie bać się! Dzisiaj trochę poskaczecie. Ktoś się boi? Nie bać się!
  • Poskaczemy?
  • Ze słupków. Na bombę. Wiecie jak jest na bombę? Kto pokaże?

Szycha pokazał. On i reszta chłopaków z ulicy Zielonej nie bali się niczego. Przepuszczałem w kolejce do słupka kogo tylko się dało. W końcu jednak zabrakło osób, którymi mógłbym się zasłonić. Stanąłem na podeście.

  • Nie bać się. Skakać! Jeszcze nikt się tu nie utopił.

A żebyś wiedziała, że skakać! Może jak tu zginę to zamkną ten pieprzony basen, a ciebie sadystko odizolują w Branicach* od świata.

Chciałem mieć poczucie, że moja śmierć nie pójdzie na marne.

Hop. Plusk. Wciągnęło mnie pod wodę. Machałem rękami we wszystkie strony, zupełnie tracąc kontrolę nad ciałem. Ani dna, ani lustra wody. Otchłań. Tańczyłem jak kukiełka z pracowni pana Dżapetto. Chlor wlewał się do oczu, nosa, do buzi i uszu. Co jest?! Dlaczego nikt mnie ratuje? Użyj tego kija głupia babo! Rzucałem się jak morderca na krześle elektrycznym w dalekim Teksasie. Może zapomnieli że w ogóle skoczyłem? Czy to się dzieje naprawdę? Obudź się, Krzysiek, obudź się!

W pewnym momencie poczułem na ramieniu coś twardego. Kij. Poklepywał mnie jak dobry przyjaciel. Chwyciłem go jak ostatnią czekoladkę w bombonierce. Stopniowo unosiło mnie ku górze, aż w końcu przebiłem głową taflę wody. Gdy wyczołgałem się na brzeg nauczycielka nie powiedziała ani słowa. Prawie zginąłem, ale w jej świecie nic się nie wydarzyło.

  • Nie bać się! Nikt się tu o nie utopi.

Wiedziałem, że drugich takich zajęć nie przeżyję. Potrzebowałem cudu.

..

Minęło kilka dni, a basenowe wspomnienia powoli zastygały. Nadszedł weekend, wyjątkowy czas w życiu każdego ucznia. Jak przerzutka na upiornym podjeździe, jak haust powietrza u tonącego. Już w piątek wieczorem wyjechaliśmy w tradycyjne odwiedziny rodzinnych stron. Tato pochodził ze wsi tuż przy granicy z czeską Opawą. Nie było tam uliczki przy której nie mieszkałby jakiś wujek, kuzyn, czy inny krewny. Idealne miejsce, żeby zapomnieć o miejskiej pływalni w której prowadzono eksperymenty na bojących się wody dzieciach. Największą atrakcją na wiosce było boisko. Pełen wymiar, nie żadna miejska betonówa. Bramki tak szerokie, że można by między słupkami zbudować domek jednorodzinny. Przy Owsianej mieszkał wujek, który na strychu trzymał skarby. Cały pokoik zawalony był piłkarskim sprzętem. Od stalowych wkrętów, przez getry, po bluzy bramkarskie i piłki tak twarde, że można było nimi rozbijać hartowane szyby w samochodach. Tato odwalił się jak ekstraklasowy zawodnik.

  • Synek, pokopiemy?
  • Gdzie?
  • Na duże bramki.

Zajęliśmy płytę boiska tylko we dwoje. Najpierw krótkie podania, potem długie przerzuty, aż w końcu tato stawał na bramce, a ja ćwiczyłem strzały zza szesnastki. Niektóre uderzenia leciały jak marzenie, większość z trudem docierało pod linię bramkową. Nie miało to jednak większego znaczenia.

  • Synek, zamiana?
  • Za duża bramka. Nie mam szans.
  • Będę strzelał z połówki, okej?
  • Z połowy? Dokopiesz?

Tato ustawił piłkę w samym środku murawy. Odległość wydawała się być niebotyczna. Stałem na linii bramkowej. Postawna sylwetka ojca zrobiła się mała, a piłka praktycznie niewidoczna. 50 metrów. Jak on to chce dokopać? Pytałem sam siebie. Tymczasem tato wziął długi rozbieg.

  • Gotowy?!

Wykrzyknął, a jego głos rozniósł się po wsi i okolicach. Machnąłem twierdząco ręką.

Tato pędził na piłkę jakby była mu winna wypłatę. Wziął soczysty zamach. Huknął. Piłka szybowała. Najpierw wysoko, stopniowo obniżając lot. Leciała. Jeszcze na 16 metrów do bramki wisiała na poziomie mojej głowy. Miała moc, ale grawitacja robiła swoje. 11 metrów – płynęła w powietrzu centralnie w środek bramki. Coraz niżej. Niżej. Chwilę przede mną była już prawie w kontakcie z ziemią. Efektownie kopnąłem ją przed siebie. Klasyczny fałsz.

  • Ała!

Poczułem w kostce nagły ból. Skontrowanie twardej piłki okazało się być kiepskim pomysłem. Moja energia plus energia lecącej skóry skumulowały się na stawie skokowym. Podskoczyłem na jednej nodze, po chwili lądując tyłkiem na klepisku.

  • Co się stało?

Tato zdążył już dobiec z połówki.

  • Chyba coś mi pękło.
  • Pokaż.

Zdjąłem buta i podwinąłem skarpetę.

  • Aj…nieładnie to wygląda.

Kostka szybko zaczęła okrywać się coraz większą opuchlizną.

….

  • Stary a głupi. Aleś synka załatwił.

Mama strofowała swojego męża jeszcze przez wiele kolejnych godzin. Kulałem, ale nałożony okład powoli przynosił ulgę.

  • No to chyba basen w tym tygodniu masz z głowy…nie no, na pewno masz z głowy. Ale cię tato załatwił. – lamentowała mama.

Nie były to zimowe buty, czy jesienna kurtka. Tato załatwił coś więcej. Cud. Przez następne dni nie musiałem się bać, że zginę na basenie.

..

*BRANICE (Specjalistyczny szpital psychiatryczny im. Ks. Biskupa Józefa Nathana)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: