Męczę bułę (tydzień 1)

Po kolejnym słabym starcie zapraszam na nową partię bajeczek, prognoz, wniosków, refleksji, przemyśleń, odczuć, deklaracji, koncepcji, wywodów, spekulacji, konkluzji, podsumowań, mądrości, postulatów, oraz pytań retorycznych. A chyba wypadałoby choć raz się zamknąć i zamiast gadać o tym co poszło nie tak – wziąć się do roboty? No ale z drugiej strony, jak to powiedział Mark Zuckerberg na chwilę przed odpaleniem po raz pierwszy Facebooka – kto gościowi z dostępem do internetu zabroni?

„Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym” miał powiedzieć Winston Churchill o lotnikach biorących udział w Bitwie o Anglię. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewna pokraczna parafraza tej sentencji, a mianowicie – Jeszcze nigdy nie biegałem tak szybko czując się tak źle. Coś w tym jest, zaprawdę coś w tym jest. Powiadam Wam.

Chyba nie będzie przesadą jeśli stwierdzę, że od lat prawdziwą furorę w słownikach wszystkich języków świata robi wyraz – marzenia. Jedni mówią o ich spełnianiu podczas składania świątecznych życzeń. Inni mówią, że marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia. Jeszcze inni zwracają uwagę, żeby uważać na to o czym się marzy, bo jeśli Bóg chce kogoś pokarać to pozwala aby spełniły się jego najgłębsze pragnienia. Ostatnie wymienione podejście jest o tyle ciekawe, że w Biblii słowo „marzenie” pojawia się zaledwie kilka razy i za każdym razem w negatywnym kontekście.

Rok temu jesienią bardzo narzekałem na brak stabilizacji w swoim bieganiu. Potrafiłem walnąć 16:24 na 5km, żeby trzy tygodnie później przydzwonić w 17:50 na City Trail a niedługo potem w 36:06 podczas Olsztyńskiego Biegu Niepodległości. Czy nie mogę być bardziej przewidywalny w swoich startach? – pytałem z żalem sam siebie. Minął rok i moje głębokie pragnienie o powtarzalnej formie staje się właśnie rzeczywistością…rzeczywistością której chciałbym się wyprzeć jak puszczenia bąka w dystyngowanym towarzystwie. Od września nic w moim bieganiu nie działa tak jak powinno, nogami zahaczam o fugę w brukowej kostce a ręce chyba tylko same raczą wiedzieć w jakiej płaszczyźnie pracują.

Jestem totalnie pozbawiony biegowego błysku. Trochę jak Rocky w pierwszych rundach dowolnej ze swoich walk. Stoję przyciśnięty do lin, z rękami dyndającymi na wysokości wątroby i daję się bezlitośnie okładać. Kolejne ciosy lądują to na brodę, to pod oko, to w żebra. Nie będzie wielkim odkryciem jeśli powiem, że nie o takiej stabilizacji marzyłem w zeszłym roku.

Po dzisiejszym City Trail muszę jednak powiedzieć, że odczuwam pewną satysfakcję. Był to co prawda kolejny bieg na zbliżonym do siebie poziomie. Tym samym średnim poziomie który zapoczątkowałem w pierwszy weekend września w Braniewie. Od tamtego czasu absolutnie nic w moim bieganiu się nie zmieniło. W kółko powtarzam podobne do siebie wyniki. Ale właśnie ta powtarzalność jest dla mnie jakimś punktem zaczepienia. Musi być, jeśli mam się nie wyglebić.

Dzisiejsze 17:31 na nogach, które już kolejny miesiąc mają chyba jakieś „ciche dni” i „focha” – na swój sposób cieszy. Jeszcze nigdy nie biegałem tak szybko, czując się tak źle. Trzeba po prostu przeczekać te pierwsze felerne rundy jak Rocky i w końcu wziąć się do odrabiania strat, które w generalnej klasyfikacji City Trail po 2 biegach zdążyły się zrobić spore.

Co do dzisiejszego biegu to po prostu zdychałem. Chwilami wydawało mi się, że zaczynam łapać jakiś sensowniejszy rytm, ale po kilku krokach okazywało się, że to tylko omamy i urojenia. 3:25-3:22-3:31-3:34-3:36 – niech te międzyczasy posłużą za komentarz. O ironio zupełnie poskładał mnie podbieg na piątym kilometrze, nawet bardziej niż przed miesiącem. Ironio, ponieważ to właśnie górki miały być moją mocną stroną, to przecież podbiegi katowałem latem jak nawiedzony. Nogi ciężkie, ręce zgrabiałe i tylko tlenowo dziś ten bieg wyglądał w miarę sensownie. Czyli wszystko na opak niż by można przypuszczać. Z dodatkowych informacji wartych odnotowania – wypadłem poza top 10 i tradycyjnie przegrałem końcówkę.

Podsumowanie #1

Objętość – 60 km

Rytmy – 1 (słownie: jeden)

Zawody – x1 (słownie: uno)

Long – 21km, sr po 4;12/km

Hasło: „I’m a fighter! That’s how I’m made, Adrian. That’s what you married. We can’t change what we are.

/Rocky Balboa/

….

fot. Wyborcza Olsztyn

2 myśli na temat “Męczę bułę (tydzień 1)

Dodaj własny

  1. Z „Rocky’m” trzeba uważać 😉 W październiku był tydzień, podczas którego obejrzałem z synkiem wszystkie części i zrobiłem….8 jednostek ćwiczeń „uzupełniających” 😀 Siły to ja nie miałem nawet żeby zejść po schodach, a co dopiero pobiegać 😂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: