Ja, skromność i Azoty (tydzień 7)

Poza tym, że jestem oszałamiająco przystojny i zawstydzająco inteligentny, mam jeszcze jedną zaletę. Skromność. Oczywiście. I jako żem skromny niesłychanie to o jednym Wam jeszcze nigdy nie mówiłem. Ale dziś powiem. A mianowicie – zatrzymałem kiedyś Azoty.

Tak, tak. Nie jest to żadna przenośnia, ani wysublimowana metafora, ale prawda i fakt autentyczny zarazem (hihi, #pleonazm rulez). A było to lata temu na jednym z boisk, kiedym uczęszczał jeszcze do liceum ogólnokształcącego w nieoficjalnej stolicy Opolszczyzny, oraz oficjalnej stolicy wszechświata, Kędzierzynie-Koźlu.

Nie wiem jak to bywało w innych częściach kraju, ale u nas na południu licea miały dość ciężko jeśli chodzi o rywalizację sportową z uczniami wszelakich zawodówek, gastronomików, budowlanek itd. Licealiści pochłonięci nauką zazwyczaj dostawali łomot w nogę, kosza, siatę itd., z reprezentantami techników. I wtedy w II LO pojawiliśmy się MY, pokolenie z końcówki lat 80-tych, inteligentni i wysportowani zarazem. Układ sił, na mapie miasta zaczął się zmieniać. W siatkę nasze chłopaki dotarły nawet do zawodów rangi mistrzostw Polski, co nie powinno aż tak dziwić, bo w składzie mieli wówczas Bartka Kurka.

Ja z kolei zostałem w liceum odkryty jako talent piłkarski. A właściwie bramkarski. Nasz wuefista zwrócił uwagę, że chyba mam gumowe kości bo tak ładnie rzucam się na asfaltowym boisku. W dowód uznania otrzymałem powołanie jako rezerwowy goalkeeper na halowe mistrzostwa miasta. Awansowaliśmy dalej, do półfinałów wojewódzkich. Nasza drużyna stanęła przed historyczną szansą aby po raz pierwszy zagrać w finałowym turnieju. Ja natomiast wobec kontuzji pierwszego bramkarza zająłem miejsce między słupkami. Awansowaliśmy a pozycji bramkarza licealnej drużyny już nie oddałem.

Potem śniegi stopniały, a piłkarskie rozgrywki przeniosły się z pod dachu na klepisko. Znowu musieliśmy zacząć nasze zmagania od mistrzostw miasta. To był trudny turniej w pobliskiej Blachowni. Na dużym pełnowymiarowym boisku bramki padały rzadko. Kolejne mecze kończyły się wynikami 1-0, 1-0, 0-0. Nie miałem zbyt wiele kontaktów z piłką, co dla bramkarza jest sytuacją niesprzyjającą. Stygłem stojąc długimi minutami przy wysokiej i cholernie szerokiej bramce. W meczu o awans do turnieju wojewódzkiego zmierzyliśmy się z chłopakami z Azotowej zawodówki. Ciężki mecz, dużo walki w środku pola tzw. spotkanie do pierwszej bramki. Drżałem, żeby nie popełnić głupiego błędu i nie pozbawić drużyny szansy na kolejny historyczny wyczyn. Kiedy skończył się regulaminowy czas gry na tablicy wyników widniało 0-0, a więc dogrywka. Jednak dodatkowe minuty znowu nie przyniosły rozstrzygnięcia, potrzebne były rzuty karne. Karne dla bramkarza to nagroda. To sytuacja, w której goalkeeper zawsze wygrywa, ponieważ nic nie musi, a jedynie – może. Po karnych nikt nie ma do bramkarza pretensji. To piłkarz powinien wykorzystać jedenastkę i gdy tego nie robi najczęściej spotyka się z druzgocącą krytyką. Szedłem więc na serię rzutów karnych ze  spokojem i pewnego rodzaju satysfakcją, wtem….

nasz wuefista stwierdził, że dla mnie zawody już się skończyły. Na bramce miał natomiast stanąć niższy ode mnie o trzy i pół głowy rezerwowy. – Jarek gra u siebie na wsi w LZS-ie, więc on będzie bronił – przekonywał magister Tomasz. Ma doświadczenie w karnych na takie duże bramki – dodał.

Pokerowe zagranie ze strony nauczyciela, dla mnie było szokiem. Po kilku stresujących i ciężkich dla mnie meczach miałem na sam koniec turnieju zostać obdarty z nagrody w postaci bronienia karniaków. Nasz wufesita chciał być sprytny, ale równie sprytni byli też chłopcy z Azot. Jak tylko zobaczyli, że zmieniamy bramkarza natychmiast ruszyli do sędziego z reklamacją.

Nie można zmieniać bramkarza na karne! – krzyczeli. On musi bronić! – wskazywali palcem na mnie.

W zespole Azot było paru gości, którzy znali mnie z podwórka. Wiedzieli, że biegam, ale że miałbym się nadawać do piłki nożnej? Niee, w to nie mogli uwierzyć. Właśnie dlatego zależało im abym to ja pozostał między słupkami. Sędzia przystał na te żądania.

Ani wuefista, ani chłopcy z Azot nie wiedzieli jednak o mojej tajemnicy. Ja się wychowałem grając na dużych bramkach. Już jako kilkuletni łepek broniłem na dużych bramkach wiejskiego boiska w rodzinnej miejscowości ojca. Wiedziałem jak to robić od dekady. Wiedziałem co to znaczy „rzucać się na wyczucie” i że tylko w taki sposób można skutecznie rywalizować z szybką futbolówką. Oglądałem i znałem najlepszych goalkeeperów świata od Mundialu 1998. A najbardziej w tamtym czasie podobał mi się styl Van der Sara i Didy. Właśnie ich sposobem postanowiłem zatrzymać Azoty.

Żadnego ruchu. Spokój i skupienie. Żadnych podskoków machania rękami i innych Dudek Danców. Twardo na nogach, jakbym stał przyspawany do klepiska. I dopiero kiedy zawodnik z Azot jest na chwilę przed kopnięciem – wybijam się w lewo i pierwsza obrona moja. Azoty są w szoku, a to dopiero początek. W drugiej kolejce uderzenie niefartownie przechodzi mi po rękach i wpada do siatki. Przeciwnik krzyczy coś w stylu – prawie ci się ku%wa udało! na co odpowiadam coś w stylu: spier%alaj. Robi się gorąco, chłop chce mnie bić ale sędzia uspokaja atmosferę. W trzeciej kolejce do piłki podchodzi kolejny gość z Azot. Ten z kolei nie mówi nic ale uśmiecha się szyderczo. Jakby znalazł na mnie sposób i za moment miał go zademonstrować. Robi nabieg, ale na chwilę przed piłką staje. Patrzy na mnie i głupieje. Myślał że tym zagraniem sprawi że rzucę się na ziemię nim zdąży kopnąć piłkę. Nic z tych rzeczy. Krzysztof stoi jak stał zupełnie nieczuły na te bieda-tricki. Jego strzał ze skróconego rozbiegu nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Przechylam się lekko w lewo i zbijam futbolówkę przed siebie. W 4 kolejce rywal huknął w samo okienko. Nawet nie pierdłem. Natomiast w piątym podejściu od którego zależało wszystko, przeciwnik nie wytrzymuje presji i uderza nad poprzeczką. Zwycięstwo! Chwilę później tonę już w objęciach kolegów z liceum. Pan Tomasz przeprasza mnie jeszcze przez kolejny tydzień, za to że planował zmianę bramkarza na karne. Tak było.

Od tamtego turnieju wierzę, że wszystko się może zdarzyć o wiele bardziej niż wtedy gdy pierwszy raz usłyszałem przebój Anity Lipnickiej. A co się zdarzyło w poprzednim tygodniu?

Rąbię te swoje rozbieganka w pałę, ale trochę sprawę przemyślałem. Myślę, żeby w kolejnych dniach nieco zbastować z prędkością, zaliczyć coś a’la tydzień regeneracyjny. Bo powiem że ostatnie treningi weszły mi w uczciwych tempach:

Wtorek – 12km po 3:55

Środa – 12km po 3:50

Czwartek – 12 km po 3:53

Piątek – 12km po 3:55

Sobota – 10 km po 3:39

Niedziela – 17km po 4:40 (śr hr 128, powiedziałbym że przyzwoicie)

SUMA – 75 km

Złota myśl:

Szły mróweczki przez zielony las i śpiewały cichuteńko tak….Do boju, do boju, do boju!!! 😉

 

Jedna myśl na temat “Ja, skromność i Azoty (tydzień 7)

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: