Hobby runner, czyli amator bez aspiracji

Bycie „hobby runnerem” ma swoje prawa. Jednym z nich jest brak biegowej regularności. Ambitny amator nigdy nie pozwoli sobie na wyrwy w treningowym planie, natomiast my biegacze pozbawieni aspiracji i pretensji do szybkiego biegania możemy sobie już na takie „wyskoki” pozwolić. Skorzystałem z przywileju nieregularnego treningu w poprzednim tygodniu. Jak wrażenia? Nie czuję żalu.

Normalnie, w starych czasach kiedy jeszcze bieganie było moim Bogiem, cesarzem, królem, ministrem skarbu – wołami nie można było mnie odciągnąć od wykonania 6 treningów w tygodniu. A jeśli już zdarzyła mi się absencja argumentowałem ją „potrzebą odpoczynku” „szukaniem świeżości” „chorobą”….czego wcale moja dusza nie kupowała, bo zawsze po takiej usprawiedliwionej nieobecności w lesie odczuwałem wyrzuty sumienia. Jakiś dziwny wewnętrzny niepokój, który ukoić mogły jedynie wieczorne „Barwy Szczęścia”. Nic tak nie poprawia humoru jak telenowela o „prawdziwym życiu”, gdzie Stefan gdy przed laty był jeszcze lokalnym watażką podczas weekendowego wypadu do Paryża spłodził z przypadkową kobietą atrakcyjną mulatkę. Nic tak nie poprawia humoru.

No ale teraz rezygnacja z treningów przychodzi mi dość łatwo, wystarczy byle powód np. bo jestem zmęczony i gotowe. Zmęczony byłem w poprzednim tygodniu dwukrotnie, a więc z planowych, wzorcowych, ambitnych sześciu dni postarałem się stworzyć swój biegowy świat jedynie w cztery.

W poniedziałek rzecz jasna odpoczywałem regulaminowo, ale już we wtorek ruszyłem na rozbieganie gdzieś po olsztyńskich zaspach. Pięknie w tym sezonie grzewczym przysypuje miasto, brakowało mi takiej zimy z prawdziwego zdarzenia, a tutaj już od Wigilii białych dni jest naprawdę sporo. Doceniam i jestem wdzięczny matce naturze i ojcu wielkiemu kreatorowi za śnieg, który tak obficie obrodził. No więc pobiegłem gdzieś w kierunku obwodnicy, tam się okazało, że ślisko, więc przemknąłem do lasu za obwodnicą, a tam się okazało, że śniegu po biodra….a przecież biodra mam wysoko, więc szurałem gdzieś po 5:30-6:00/km w międzyczasie zaliczając orła gdy na drodze wzdłuż obwodnicy chciałem nakreślić stopami na świeżym śniegu przeogromny napis – widoczny z kosmosu – FARAON TU BYŁ. Upadek choć bolesny i upokarzający nie skończył się żadną kontuzją co też należy zaliczyć w poczet pozytywnych znaków, zdarzeń i symboli.

A w środę ociągałem się z treningiem do samej nocy i gdy już momentami traciłem nadzieję na pozytywne rozwiązanie kwestii biegowej udało się niepostrzeżenie czmychnąć z mieszkania coś po 21 – tej, w takim roztargnieniu, że zapomniałem nawet zegarka. Piękny to był wieczór, z takich wieczorów co to się zdarzają najwyżej w filmach, książkach, baśniach o Królowej Śniegu albo Dziewczynce z zapałkami. Delikatny mróz, ubite śniegiem chodniki, fruwające w światłach latarni świeże płatki i ja, cały na czarno – granatowo. Tak dobrze mi się biegło, że aż strach, chwilo trwaj! I tak w pewnym momencie dotarło do mnie, że skoro wyszedłem po 21 – tej, to zostało już niewiele czasu żeby zdążyć jeszcze kupić chleb przed zamknięciem osiedlowego sklepu. Więc zawinąłem nogą szybciej i szybciej, aż cały rozgorączkowany wparowałem do mieszkania – myśląc, że jestem dosłownie na ostatnią chwilę, że za moment panie ekspedientki zadzwonią kluczami i tyle chleba zobaczę…A tu się okazało, że zegarek w pokoju wskazywał dopiero 21:30…Musiałem więc pokonać na treningu około 7 km w mniej niż pół godziny. Podjarałem się. Zdążyłem kupić ostatni dziwny ciemny chleb ze śliwką a pani sprzedawczyni widząc moją wygłodniałą twarz zaproponowała spod lady jeszcze kilka bułek, które już spakowano i przeznaczono na straty. Nikt bowiem nie przypuszczał, że ktoś przed 22:00 będzie jeszcze szukał pieczywa.

Przez kolejne dwie doby nie potrafiłem się pozbierać, czego skutkiem były dwa dni wolne od biegania. Czwartku i piątku – nie miejcie żalu, jako i ja nie mam do was. Soboto moja piękna przyniosłaś mi natomiast 11 km rozbiegania. Ale wcale z początku nie było kolorowo, bo po pierwszym kilometrze kolki powychodziły mi we wszystkich częściach ciała co było zresztą zasłużoną karą za wcześniejsze obżarstwo, kiedy to przy jednym posiedzeniu wciągnąłem chyba 6 krokietów, pomarańczę, banana, kawę i pół czekolady.

W niedzielę przyszła paskudna odwilż i chyba właśnie ze wszystkich słów na „O” – Odwilż jest tym najbardziej wulgarnym. Powinno się ustawowo zakazać tego wyrazu. Gdybym tylko był ministrem edukacji….;-) Tak czy siak, ponownie wylazłem z jaskini lwa gdzieś po nocy, niby temperatura na plusie, a zimno jak pierun przez ten porywisty wiatr. Niby roztopy, a ślisko jak pierun. No ale, nawet my „nieambitni amatorzy” czasami po prostu musimy zrobić coś innego niż rozbieganie, żeby potem móc pisać na forach czego to się nie trenowało. Tak więc zgodnie z zeszłotygodniową zapowiedzią postawiłem na 6 x 5′ p.1′ (zabawowo biegowa wariacja na temat 6x1200m z planu Danielsa). I tak oto mój treningowy tydzień dobiegł końca:

4 treningi,

coś koło 42 km

1 akcent

0 wyrzutów sumienia

Hasło:

Cierpliwość – rozpacz pod maską cnoty. /Tuwim/

fot. sportografia.pl

Jedna myśl na temat “Hobby runner, czyli amator bez aspiracji

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: