Trochę przypadkowej i nikomu niepotrzebnej roboty

Nie jestem do końca przekonany, czy w poprzednim tygodniu więcej kilometrów wyBIEGAŁEM, czy wySPACEROWAŁEM pchając przed sobą wózek. Po krótkim obliczeniu w pamięci dochodzę jednak do wniosku, że biegania było więcej, a więc nie jest źle, bo przeszedłem jakieś 30 km.

Na bieganie znalazłem czas i ochotę cztery razy. Wtorek – Czwartek – Sobota – Niedziela. Trenowanie w lampasy, albo inną kratkę. Jednak pomimo dość prowizorycznej regularności udało mi się wylatać prawie 60 km, co powinno dać do myślenia osobom, które wzięły udział w konkursie z poprzedniego wpisu. Choć wszystkie propozycje bardzo mi się podobały i chętnie zrobiłbym każdy z proponowanych treningów (a najbardziej te 30×30 s!), to wymyśliłem sobie już dawno, że w ten weekend zrobię LONGA. A zatem Aniu zamknęłaś grę już pierwszym komentarzem, nagroda ląduje w Twoje ręce. Jeśli jesteś zainteresowana kontaktem od przypadkowych, aczkolwiek usportowionych i szalenie inteligentnych czytelników tego bloga, zostaw swój adres w komentarzu (jeśli wolałabyś zachować prywatność, wyślij swój adres korespondencyjny na mojego śmiesznego maila: fari828@gmail.com a ja jutro, lub we wtorek prześlę Fajdka w kopercie bąbelkowej). Gratulacje! 😉

Wracając do treningów, to polatałem w poprzednim tygodniu naprawdę grubo. We wtorek i czwartek, wiadomo, rozbiegania, ale za to w sobotę wybrałem się na Parkrun. Po dwóch miesiącach bez sprawdzianu postanowiłem trochę się przetrzeć i wyszło całkiem spoko. Znaczy się, czas to bieda-bieganie i aberracja jakiejkolwiek przyzwoitej kondycji (18:40 na 5 km), ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że było z deczka lodowisko, pobiegłem w dresach, na czczo, 5 minut po wyjściu z tramwaju. Tak czy siak przetarcie było mi potrzebne, przedmuchałem trochę płuca, przepaliłem mięśnie, o to chodziło.

W niedzielę natomiast ruszyłem w swój ulubiony treningowy taniec, czyli tango mi Longa. Lubię długie wybiegania. Pierwszy raz zacząłem bawić się w porządne wydłużanie ciągłych w roku 2016 – tym podczas przygotowań do maratonu. Siadało wtedy ponad 30 km na całkiem fajnych prędkościach. Od tamtego czasu dość dobrze czuję się na tych jednostkach. I tak właśnie było dzisiaj – dość dobrze. 22 km po 4:01/km, czyli mogę sobie zafałszować pod nosem, że – jeszcze Fari nie zginął.

I to byłoby na tyle.

Za tydzień City Trail mnie zweryfikuje. Zniszczy. Sponiewiera. Znokautuje. Albo ja Go. 😉

Jedna myśl na temat “Trochę przypadkowej i nikomu niepotrzebnej roboty

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: