Wiesz kto wrócił? City Trail #5

To był mój najlepszy bieg od 10 miesięcy. Pod względem samopoczucia, bo wynikowo wciąż bieda-bieganie i aberracja…(Skąd ja znam takie dziwne słowa?!…Pewnie z Klanu…tak to na pewno sprawka Lubiczów). W każdym razie, wreszcie czułem się podczas biegu jak człowiek.

I jak tu mieć motywację do treningu skoro z takich szarpanych przygotowań na przebiegach rzędu 40-50 km (4-5 jednostek na tydzień) wychodzi lepszy wynik niż po targaniu więcej i szybciej? Wychodzi na to, że lepiej trenować mało niż głupio. I to jest na swój sposób motywujące.

Ale do tematu. Oblodziło. Sobotnie zawody z cyklu City Trail w Olsztynie były pełne paradoksów. Z tego prostego względu, że trasa nie nadawała się do niczego. Zwykły spacer po wypełnionych po brzegi lodem ścieżkach miał w sobie komponent śmiercionośny. To co zgotowała nam warmińska aura w dzień zawodów można bez przesady nazwać mową nienawiści. Paradoks jednak polegał na tym, że wystarczyło przywdziać obuwie lekkoatletyczne zwane potocznie KOLCAMI, ażeby te same lodowe leśne dukty okazały się zaskakująco wygodne, nadające się do naprawdę szybkiego biegania. W zwykłych „adidaskach” biec się nie dało, w kolcach natomiast warunki były prawie życiówkowe.

Kolce mam od września, kiedy to zakupiłem błękitne Najki posiłkując się wygranym na zawodach City Trail on Tour bonem na 100 zł do Sklepu Biegowego. Była to inwestycja bardziej z myślą o starcie na 400m w ramach sztafety charytatywnej i wówczas buty sprawdziły się przecudownie. Jest to model dedykowany bieganiu po bieżni, ale z braku laku musiał sobie również poradzić w trailowych warunkach i…poradził sobie, choć kolce zdarły się w niektórych miejscach aż do trzonu (niestety olsztyński citytrail, przez kilkaset metrów wiedzie kostką brukową).

Poprzednie 3 starty w City Trail były drogą przez mękę. Do 2 km jeszcze jakkolwiek to wyglądało, ale potem stawałem się łatwym łupem dla każdego rywala. Zwalniałem, sapałem, nogi z wielką łaską odrywały się od ziemi. Tym razem wszystko wyglądało inaczej.

wo24.pl_#5

Samo podejście do zawodów miałem pozbawione większych pretensji odnośnie wyniku czy miejsca. Chciałem się porządnie zmęczyć, sprawdzić, miło spędzić sobotnie przedpołudnie a dopiero w dalszej kolejności zajmowała moją głowę jakakolwiek rywalizacja. Zupełnie inaczej niż zazwyczaj.

Wystartowałem spokojnie, swobodnie bez ciśnięcia od początku tempem które za chwilę miałoby się okazać dla mnie za mocne. Fakt, że nie żyłuję dodawał pewności siebie, pewność siebie wprowadzała spokój i tak pokonywałem kolejne metry zważając jedynie by się nie wyglebić i nie skręcić nogi na lodowych koleinach.

Wszyscy zaczęli zaskakująco mocno, tak jakby trasa, pogoda, biomet i układ plam na słońcu sprzyjały biciu rekordów. Byłem zdziwiony tak szybkim początkiem, ale z drugiej strony w ogóle mnie to nie spinało, nie mieliłem w głowie fraz w stylu – o rany rany, ale odstaję. Zupełnie inaczej niż zazwyczaj.

Stwierdziłem że wyczekam do tabliczki z 2 km i dopiero wtedy zacznę swój „bieg właściwy” o ile tym razem będzie z czego taki bieg w ogóle zainicjować. Było. Najpierw wyprzedziłem Konrada, który jako jedyny z czołówki biegł bez kolców i przypłacił to niedopatrzenie boleśnie. Gdyby tylko miał uzbrojone buty pewnie biłby się o 1 miejsce w wyścigu, a tak finiszował dziewiąty z prawie 2 minutową stratą do zwycięzcy. Aż chciałoby się powiedzieć – God Bless Bill Bowerman i wszystkich innych którzy dołożyli swoją cegiełkę do masowej produkcji biegowych kolców.

A ja biegłem swoje i biegłem fajnie, wreszcie czułem że mam kontrolę nad tym co dzieje się na trasie, że nie jestem marionetką sterowaną nitkami niemocy, bólu, oddechowej i mięśniowej niewydolności. Cały czas równo, aktywnie, z entuzjazmem i autentyczną radością z tego, że biorę udział w wydarzeniu pod tytułem – zawody biegowe. Wyprzedziłem pana Przemka, kilkaset metrów dalej przełamałem Krzyśka i wciąż do przodu wyrywało głupie serce, gdy gdzieś tam na horyzoncie pojawił się Grzegorz, ale…

Jemu już nie dałem rady. Zaczęła się kostka brukowa i te same kolce które przez ponad 4 kilometry tak bardzo pomagały stały się zmorą. I choć napierałem, cisnąłem i tak dalej, to udało mi się jedynie lekko zniwelować stratę i ostatecznie ukończyć zawody na 6 miejscu OPEN z wynikiem 17:41. A więc zahamowałem trend wywróżony we wpisie Road to 20′ na 5km. 🙂

To było prawie 18 minut nieustannego doznawania przyjemności. To wreszcie było bieganie które cieszy a nie frustruje. W zasadzie wszystko wyszło wczoraj idealnie poza samą prędkością biegu, która ewidentnie odstawała od czołówki. Mam czas do 9 marca, ażeby coś z tym fantem zrobić. Poprawić tempo nie zaburzając tej mentalnej homeostazy która zaczęła się krystalizować. Mam 4 tygodnie na zrównoważony trening, który niczego nie popsuje i jeden pomysł jak to ułożyć.

Trenowanie jest jak gotowanie. Czasami mniej znaczy więcej, a czasami jak się człowiek zamyśli i pierdzielnie solą…to cała zupa na zmarnowanie. I tak sobie myślę co by teraz dodać, ażeby wydobyć głębie smaku z tej mojej potrawy a nie spieprzyć…znaczy przepieprzyć. I wymyśliłem, że dodam 1 akcent i szczyptę kilometrażu.

Po ostatnich tygodniach stałem się dużym fanem zabaw biegowych. Generalnie rzecz ujmując zawsze byłem ich sympatykiem, ale bardziej w stylu – wierzący, niepraktykujący. Ma ten trening dużo walorów – można go zrobić wszędzie (nie potrzeba ani gps, ani odmierzonej trasy), można przemycić dużo wartościowej pracy na poziomie przemian tlenowo-beztlenowych jednocześnie nie stresując się szczególnie takim treningiem. Poza tym forma „zabawy” sprawia, że sam trening dość szybko zlatuje. Dlatego zabawę biegową pozostawię w swoim planie (raczej na krótszych odcinkach – 3′,2′,1′, 30”), ale dorzucę też trochę BC2, tempa progowego, czegoś w ten deseń. Siłę Biegową w czystej postaci na razie odrzucam, bo po wakacjach mam trochę na ten trening focha. 😉

Tytułowe pytanie jest źle zadane, wszystko po to ażeby dodać sobie nieco animuszu. Powinno być nie – kto wrócił? ale – co wróciło?

Wróciło dobre samopoczucie, entuzjazm, uśmiech, satysfakcja, ochota i wola, zajawka…całkiem liczna gromadka koleżanek i kolegów, z którymi tak dawno się nie widziałem.

Cytat na dziś sponsoruje Rychu Peja ażeby* tytułowy animusz podtrzymać:

Minął czas młodzieńczy i sny o olimpiadzie
A ja na tym podkładzie przypominam, że jestem
I nie tylko ręki gestem, także kanonadą słów
Chcesz coś mówić to mów, mistrz powrócił ma się zdrów!

fot. wo24.pl

* „ażeby” to ulubione słówko prezydenta  Tramwajogradu (zachęcam do zwrócenia uwagi podczas wystąpień dla TVP3). 😛

Jedna myśl na temat “Wiesz kto wrócił? City Trail #5

Dodaj własny

  1. Gratuluję powrotu. Też bardzo lubię zabawy biegowe. Dość powiedzieć, że od ponad roku jest mój podstawowy typ treningu. Głównie jest to 30”, 45” i 1′, ale co jakiś czas wpadnie też 3′ na dłuższej przerwie. I rzeczywiście trening ten bardzo szybko zlatuje. 20×30” to jak mgnieje oka. Zdecydowanie krócej niż np. podbiegi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: