Popełniam błędy, nie tracę wiary, kończę City Trail 2018/2019

Coś mi się wydaje, że to będzie długi wpis. Jest kilka spraw do przegadania. Ale zanim się z nimi rozprawię zadam Wam intymne pytanie. Mieliście w szkole niemiecki? Mnie poczęli raczyć tym językiem w gimnazjum. Przyznam zupełnie szczerze, że poznawanie mowy Goethego, Schumanna i Svena Hannavalda nie należało do moich ulubionych zajęć. Ale to wszystko dlatego, że uczył nas pan Cezary.

Cóż to był za egzemplarz. Normalnie powiedziałbym, że nauczyciela mieliśmy porypanego, ale przecież to brzydko tak mówić o innych ludziach, że są porypani, z tym że on naprawdę był porypany. Oficjalna wersja niech będzie zatem taka, że pan Cezary to egzemplarz był zaiste oryginalny (choć pragnę dodać tak zupełnie od siebie, że był też porypany). Obdarzał nas co lekcję smakowitymi tekstami, które szybko w kręgu klasy stawały się kultowymi. Pan Cezary uczyć nie potrafił, ale za to bardzo wyrywał się do regularnego odpytywania nas ze zdobytej wiedzy. Kończyło się to zawsze tak samo. Każdy dostawał pałę i drżał na myśl o kolejnej lekcji niemieckiego. Ale chwila! Przecież to był pan Cezary, który jak już wcześniej chyba napomknąłem miał skłonność do bycia porypanym. Odpytywanko nie mogło zatem wyglądać tak samo jak na innych prawilnych lekcjach.

  • Bardzo dobrze! Bania. Siadaj.

W taki jakże niejednoznaczny sposób lubił kwitować nasze odpowiedzi ten gimnazjalny germanista.

City Trail 2018/2019

  • Dzisiejszy bieg wyszedł mi bardzo dobrze. NIE ZREALIZOWAŁEM celu. Siadam.

Założyłem sobie, żeby w tym ostatnim starcie edycji zrobić tzw. Season Best, czyli najlepszy wynik w sezonie. 17:26 z października do pobicia. Nie było to wcale szczególnie ambitne i duże wyzwanie, ale potrzebowałem przecież czegoś realnego i adekwatnego do aktualnej formy dlatego SB jawił się jako cel idealny. A więc pytam każdego z Was – co się stao, że się nie udao? Spokojnie, sam zdążyłem już znaleźć wymówkę.

Tydzień temu zrobiłem przetarcie w ramach ParkRun (16:40, przyp. red.), które jednak nie odegrało swojej roli, bo zamiast przetarciem okazało się być dla mnie – dotarciem. Następnego dnia, w niedzielę, zachciało mi się natomiast zrobić 21 km w terenie i to był już niestety pomysł, który dotarł i wyzerował mnie ostatecznie. Po blisko dwóch miesiącach dobrego samopoczucia, mocy i energii przyszedł tydzień poprzedni, w którym każdego dnia chciało mi się krzyczeć i płakać jednocześnie.

Wtorek – kapa.

Środa – kapa.

Czwartek – kapa.

Piątek – kapa.

Sobota? Bardzo dobrze! Kapa. Siadaj.

Nie wiem jak nazwać swój stan z poprzednich dni, ale po prostu było mi słabo. Sapałem na spacerze z psem. Nie czułem nóg, tak jakbym miał jedynie kości obleczone skórą i żadnego mięśnia ponadto. Dopadł mnie jakiś energetyczny dół i to akurat w tygodniu poprzedzającym najważniejszy start tego kwartału. Nie muszę dodawać, że frustracja wylewała się uszami. Miałem zostać dziś w domu, darować sobie tę całą zabawę. Byłem zły.

Stanąłem jednak na linii startu, ale czekałem na sygnał startera jak na ścięcie. Totalnie nie chciałem tam być. Zupełnie nie chciałem dziś biec. Ale pobiegłem i dobrze, że tak właśnie się stało.

Bieg od początku toczył się dokładnie w taki sposób jak go sobie wyobrażałem. Nie miałem siły, dyszałem ciężko, w nogach próchno, w rękach ołów, w głowie paćka marazmu i zniechęcenia. Biegłem szósty, ale jeszcze przed 3 kilometrem wyprzedziło mnie kolejnych 3 typów. Znaczy się zawodników. Chłopaki, pozdrawiam. 🙂

Jednakowoż, dziwnym trafem, metry mijały a ja wciąż pomimo tych swoich papierowych nóg miałem siłę żeby biec. Spoglądając na kolejne międzyczasy kilometrówek dochodziło do mnie, że sytuacja nie wygląda aż tak dramatycznie jak prognozowałem przed biegiem. Dziwna sprawa. Nie mam z czego, a biegnę.

Został ostatni kilometr. SB poszedł się już co prawda szarpać z rzepką, ale wciąż miałem matematyczne szanse na całkiem przyzwoity wynik na mecie. Pozostało „jedynie” dopierdo….w sensie…pobiec szybko ostatni i zarazem najtrudniejszy odcinek trasy. Górka, dziwnym trafem, tym razem nie zebrała specjalnego żniwa. Potem kawałek po równym, zbieg, ostry zakręt w prawo i ostatnia długa prosta. Mostek. Meta.

Kurczę, naprawdę tym razem powalczyłem. Zabierałem się do wyprzedzania rywala na 3 razy. Dopadałem i odpuszczałem. Dopadałem i znowu odpuszczałem. Aż wreszcie wylecieliśmy z tego mostku w światło mety i za trzecim razem w końcu byłem skuteczny. Cały ostatni kilometr wyszedł w 3:31 co było jedną z moich lepszych końcówek na tej trasie. Sumarycznie – 17:30, drugi wynik w sezonie 2018/2019, do SB zabrakło 5 sekund. Półroczną zabawę skończyłem na 8 miejscu OPEN w generalce. Trudno.

Diagnoza

Jako samozwańczy biegowy Dr House przygotowałem rzecz jasna błyskotliwe wyjaśnienie dla moich przeciętnych występów w ostatnim czasie. Mianowicie, gdybym został zagadnięty na ulicy przez jakiegoś kolesia:

  • Ej kolo, ty chyba coś biegasz, co nie?

Odpowiedziałbym:

  • W sumie tak.
  • Hue, hue, tak myślałem, bo na dżudokę nie wyglądasz.
  • W sumie racja.

Dodałbym ewidentnie zasmucony, gdyż zawsze chciałem być fighterem.

  • Kolo, a jak ty właściwie trenujesz?
  • W sumie…nie wiem.

I właśnie w tym ostatnim zdaniu tkwi diagnoza. Mój trening przestał być jakkolwiek transparentny. Od blisko 12 miesięcy nie wiadomo jak ja tak naprawdę trenuję.

Na początku był chaos, ponieważ po majowym maratonie przez dwa miesiące nie potrafiłem się pozbierać. Potem w środku wakacji pojawiła się zajawka na siłę biegową, więc targałem dwie jednostki siły tygodniowo a na deser cross. Trochę zapomniałem w tamtym czasie, że wartałoby też popracować jakoś z prędkością, więc sezon jesienny zacząłem na rozładowanych podbiegami nogach, z totalnie nieobieganymi tempami. Kapa.

W grudniu wymyśliłem natomiast, że rozbiegania są dla lamusów i będę codziennie robić tempo maratońskie (ciągłe po 4:00-3:50). Trwało to jakieś 2-3 tygodnie po czym wypadłem z obiegu na pół miesiąca chwilę po urodzeniu się córki.

W styczniu próbowałem odbudować się kondycyjnie biegając niewiele (4-5 razy w tygodniu) i stosunkowo wolno (1 akcent tygodniowo). W lutym dodałem drugi akcent i zwiększyłem objętość do 60-75 km. Bazowałem na zabawach biegowych, od czasu do czasu wsadzając jakieś tempo, czy bieg ciągły. Było dobrze, czułem się fajnie, ale w dzień city trailowego sądu zabrakło świeżości. Ta-dam!

Co teraz? Wymyśliłem. Jako że, do biegania w sezonie tropikalnym nadaję się jak  święta Teresa od Dzieciątka Jezus do wręczania łapówek to musiałem znaleźć sobie jakiś cel zanim nadejdą upały. Jako że, do biegania 10 km nie mam co ze swoją formą w ogóle startować stawiam na szlifowanie „piątki”. Znalazłem takową. Wszystko się zgadza – chłodny kwiecień, niedaleko, 5km, atest. Ktoś się pokusi o wytypowanie nazwy tych zawodów? 😉

Ja planuję, a Pan Bóg ma bekę

Nie jestem w stanie aktualnie snuć jakiś dalekosiężnych planów. Dlatego też dzielę swoje biegowe cele na 4 tygodniowe interwały. 9 lutego – 9 marca – a następne ważne zawody do których zamierzam wdrożyć przygotowania klarują się na 13 kwietnia.

W ostatnim czasie z jednostek treningowych wyrugowałem siłę biegową, teraz mam zamiar unicestwić z kolei długie wybieganie. Co zostanie? I zakres, BC2, Zabawa Biegowa, Tempo. Jest się czym pobawić, żeby nie targając siły zwiększyć prędkość i nie męcząc longów podtrzymać wytrzymałość. Zdradzę też Wam w tajemnicy i zaufaniu że nie poniesiecie tego dalej, ale rozbiegania biegam dość żwawo (4:10-4:30), może tutaj wartałoby jednak dać sobie na luz i zrobić miejsce akcentom oszczędzając energię właśnie na te bardziej wymagające jednostki. Póki co następny tydzień będzie regeneracyjny, ale w weekend wymyślę już pewnie coś ciekawego do pobiegania. Hue, hue, hue.

Podsumowanie:

Dni treningowe – x6

Objętość – 50 km

Akcent – x1 (15x30s p.1′ tr)

Ulubione zdanie po niemiecku: „Oddajcie nasze kamienice!”

Hasło jakieś:

Szukam, a chciałbym rzec – znalazłem.
Pukam do drzwi, te odwdzięczają się drzazgą.
Ubierasz myśli w słowa, a ciało we frak
lecz wszystko wokół dalej woła – coś jest nie tak!

/Ten Typ Mes/

fot. Wyborcza Olsztyn

6 myśli na temat “Popełniam błędy, nie tracę wiary, kończę City Trail 2018/2019

Dodaj własny

  1. Czyżby Łomża?

    Mam wrażenie, że dobrze kombinujesz. U mnie wygląda to podobnie. Do końca lutego była siła i zamulenie, ale od marca już walczę z szybkością i wytrzymałością. Trzymam kciuki.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: