Dajcie mnie bromu!

Krzysiu, ty się nie podniecaj, bo na mistrzostwa Polski i tak nie pojedziesz – powtarzał trener, gdy biegałem na treningach szybciej niż to było potrzebne. I faktycznie prawie miał rację bo poza przełajowymi mistrzostwami w Międzyzdrojach w 2003 roku jakoś mnie tego typu imprezy omijały. Całe szczęście, istnieje coś takiego jak mistrzostwa Polski weteranów. Może więc jeszcze nie wszystko dla mnie stracone.

Do kategorii masters wciąż pozostało mi jednak trochę czasu, dlatego skupię się w tym wpisie wyłącznie na podniecaniu. Było chociaż czym? Tak. Choć dodam wyjaśniająco, że mi akurat do wielkiej podniety nie trzeba zbyt wiele. Złośliwi zapewne wspomną w tym momencie wpis o jakże subtelnym tytule – Niech konar zapłonie, w którym jarałem się na potęgą swoją rzekomą formą a w sezonie guzik z tego wyszło. Dlatego dla moich wpisów o mocy w nodze należy przewidywać szeroki margines (o!)błędu.

Ale do rzeczy. Tak prawdę mówiąc to nie szło mi w tym tygodniu. Nie szło jeśli chodzi o treningową regularność oraz objętość. Poszło natomiast pod względem wybieganych akcentów. W środę stwierdziłem, że nie ma co szczególnie odpoczywać po City Trailu tylko śmiało można brać się już do jakiejś konkretniejszej roboty. Padło na:

15 x 1′ p.1′ + 4x100m

Większość wybiegałem w terenie. Postanowiłem skorzystać z leczniczego działania leśnego błota i choć z rozwijaniem prędkości ten trening nie miał wiele wspólnego, to udało się uczciwie zmęczyć a przecież o to w całej tej zabawie najbardziej chodzi.

Potem w czwartek i sobotę odwaliłem manianę, jak to mówi młodzież. Zamiast biegać, to ja sobie nie biegałem. Oh dear, aJ eM soł…leń.

Oczywiście jakoś zacząłem sobie to wszystko tłumaczyć:

  • trzeba odpocząć
  • chyba mnie coś łapie
  • nie chce mi się

Najbliższa prawdy jest rzecz jasna ostatnia odpowiedź. Nie chciało mi się jak cholera. Aż wreszcie nadejszła niedziela, kiedy to zakasałem rękawy i powiedziałem sobie w żołnierskich słowach:

Idź wreszcie zrób jakiś sensowny trening w tym tygodniu, bo już totalnie nie będzie o czym pisać na tego głupiego bloga!

Podziałało. Poszedłem. I pobiegałem niechudo.

2x3km p.2′ + 2x1km p.2′

Trening postanowiłem wykonać na Leśnej, a więc – czarny to on może kiedyś i był – asfalt. To chyba najpopularniejsze miejsce na biegowej mapie Olsztyna. 4 km w miarę płaskiej drogi w jedną stronę, nawrotka przy pachnącej przebiśniegami oczyszczalni ścieków i jak nietrudno się domyślić, znowu 4 km. Żyć, nie umierać. Biegać, nie stać. Jeśli chcecie gdzieś w stolicy Warmii i Mazur spotkać biegowych celebrytów. To jest właśnie to miejsce. Jeśli chcecie w stolicy Warmii i Mazur spotkać biegowe sieroty takie jak ja. To również jest to miejsce. Tym razem trafiłem na same sławy: Pawła, Mkona i Sławomira (choć po cywilnemu).

Świetnie biegło mi się zwłaszcza pierwszą trójkę. Jestem jednak zbyt stary i zbyt zgorzkniały, żeby od razu po ukończeniu odcinka nie wyczuć, że coś tu śmierdzi. Taki luz i 10:27? Coś tu zalatuje spod skrzydeł jak nic! Pewnie leciałem z wiatrem – skonstatowałem swoją zaskakująco dobrą dyspozycję.

I faktycznie. Na powrotnej trójce już bujało od wiaterku. Nie przeszkadzało mi to jednak jakoś specjalnie, poszło ładnie . 10:35 ujmy nie przynosi, zwłaszcza że samopoczucie pomimo podmuchów dopisywało. Krótkie 2 minuty przerwy i poleciałem żwawym krokiem na pierwszą z dwóch kilometrówek.

3:03. Z wiatrem, ale jednak. Nie ukrywam, że wznieciłem się z lekka tym powtórzeniem, bo jeszcze 3 tygodnie temu 3:11 na tym samym odcinku prawie mnie zabiło. Ale prawdziwa weryfikacja miała nadejść za 2 minuty, ponieważ ostatnią kilometrówkę biegać trzeba było pod wiatr.

3:07. Spoks. Myślę, że w końcu wystrzelę z jakąś formą. Pytanie tylko kiedy i z jaką 😉

Podsumowanie:

Dni treningowe: żenujące x4

Objętość: żenujące 45km

Akcenty: dwa, i oba wzbudziły niezdrowe oraz żenujące poruszenie

Ulubiony pierwiastek?: pierwiastek z czterech

Hasło jakieś, które opisywałoby moją relację z biegową formą:

Ty kąpiesz się nie dla mnie w pieszczocie pian
nie dla mnie już przy wannie odkręcasz kran
Nie dla mnie już natryskiem zraszasz czary swe wszystkie
Wiem że czeka aż wyschniesz już inny pan

/Kabaret Starszych Panów/

fot. Kacper Kirklewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: