Wyznania chudzielca

Jestem chudy. Chociaż z drugiej strony, gdybym pochwalił się fotkami z rodzinnych albumów szybko orzeklibyście, że teraz i tak nie jest najgorzej. Fakt, jestem chudy, ale jako dziecko wyglądałem jeszcze marniej.

Kolonia, Dębno, 1997 czy coś w ten deseń. Ważę 36 kg i po raz pierwszy uświadamiam sobie, że bycie chudym to koszmar. Panie opiekunki upatrzyły sobie mnie jako żywy cel. Nie strzelały jednak z łuku do jabłka ustawionego na mojej głowie. Nie. No bez przesady. To były co prawda kolonie z PKP….ale nie. Wciskały mi natomiast te jabłko, ziemniaki, zupy, szynki, sery, kanapki do japy, bo – muszę przytyć. Było mi niedobrze, zbierało na wymioty, czułem się napiętnowany.

1998, Boże Narodzenie u babci. Grudzień. Nie jesteśmy prawosławni. To był grudzień. Ciotki na mój widok wyły tym samym głosem – Krzysiu, ależ ty chudy! Sama skóra i kości! To był standard. Chudego można było nazwać chudym i nikt nie traktował tego jako nietakt. Ale gdybym tylko był bardziej hardy, a mniej grzeczny i odpowiedział ciotkom – Ciotki, ależ jesteście grube! Sadło wam zwisa! (???). No właśnie. Coś czuję, że przez kolejny tydzień nie usiadłbym na dupie spuchniętej od lania pasem.

Szklarska Poręba, 2000. Mój pierwszy obóz w tej całej niby mekce biegania. Tym razem to trener wziął sobie mnie za żywy cel. Nie miotał jednak z procy do jabłka ustawionego na mojej głowie. Nie. No bez przesady. Trener może i był starej daty….ale nie aż tak. Wciskał mi natomiast na talerz wszystko czego inni nie dojedli. Krzysiu, musisz jeść, żeby mieć siły do biegania! Mówił. Pojedz sobie, do tego, kule mole, kanapek weź parę do pokoju, kule mole. Wszyscy zdążyli już dawno zjeść, a ja zostawałem na stołówce zupełnie sam. Płacząc nad zupą, smarkając w surówkę, ocierając łzy kotletem.

Sopot 2004. Obóz wakacyjny. Plaża, rozkładamy koc, będziemy się opalać. Zdejmujemy koszulki. Co jeden to lepszy six pack, motyle, klata jak u pirata. Dziewczyny wzdychają. Koszulkę zdejmuje Krzysiu. Żebra na wierzchu. Gdyby tylko się przyjrzeć widać nerki filtrujące zażenowanie i serce pompujące kompleksy. Dziewczyny przysłaniają dłońmi twarze, mewy odwracają wzrok. Nawet ten koleś od lodów bambino jakby omijał nas szerszym łukiem. Sopot 2004, 14 dni upokorzeń.

Bieg SGH 2018. Stoję na starcie gdzieś w trzecim rzędzie. Za plecami słyszę rozmowę. Ty popatrz – ktoś szepcze. No, faktycznie – odpowiada drugi. A myślałem, że to ja jestem wychudzony – zauważa pierwszy. Hue, hue, hue, Oświęcim – podśmiechuje się drugi.

Internet 2019. Czytam na forach, że biega się z wagi. Ch.j mnie strzela. Z wagi. Rozumiecie? To znaczy, że leżę całymi dniami do góry fujarą i tylko co jakiś czas wejdę na wagę, żeby sprawdzić, czy jestem dostatecznie chudy a potem kładę się znowu na tapczan. Biegam z wagi. Nie z treningu. Z wagi. Nic nie muszę robić, bo po prostu biegam z wagi. Z wagi. Wagi. Wagi! Waga czygi czygi czygi czygi czygi taaa.

Jestem wysoki i chudy, typowy ektomorfik. Muszę pamiętać żeby dużo żreć i dużo odpoczywać. Mam przyśpieszony metabolizm ale spowolnioną regenerację. Jako biegacz ciężko radzę sobie w upale, wietrze, zróżnicowanym terenie i przy wszelkich manewrach np. nawrotkach. Chcę trenować mocno, ale nie mogę bo szybko czuję się zajechany. Kiedy wchodzę do sklepu odzieżowego ekspedientki uciekają do kantorka. Koszulki na mnie wiszą, spodnie spadają, dobranie garnituru ślubnego doprowadza do zaburzeń maniakalno depresyjnych.

Mówią na mnie szkieletor, patyczak, jednostrzałowiec. Że żona mnie głodzi, że uciekłem z obozu. To takie żarty. Ale gdybym tylko był gruby, jestem przekonany, że na podobne dowcipy nie byłoby odważnych.

A na koniec poezja. Moja, więc gówniana 😉 Zapraszam:

W pewnym mieście na Śląsku

Krzysiek uczeń z Kentaki,

nie chciał przytyć w ogóle,

ciągle wcinał tik taaaaaaaaaaaki.

Lecz gdy zdobył już żonę

jadł kotlety smażone

na głębokim oleju,

ale ciągle był chudy, ojeeeejuuuuu.

Ludzie za złe wciąż mają,

że mu kości wystają,

choć wpiernicza jak prosiak,

nie odmówi Ci kabaaaaaaaanoosaaaa.

No i wszystko jest super,

tylko kłuje go w dupę,

kiedy mówią mądrale,

że chudemu się żyje wspaniaaaale.

/wiersz inspirowany piosenką kabaretową/

3 myśli na temat “Wyznania chudzielca

Dodaj własny

  1. Temat mi znany niestety stety.Zainteresowało mnie jednakowoż zagadnienie -terminologia ektomorfika.
    Czy rzeczywiście jest coś na rzeczy że mimo zdać by się mogło przewagi jaką jest niska waga wcale to nie wpływa na łatwiejszą drogę do budowy formy nawet w stosunku do cięższych ale innych fizjologicznie osób?

    Polubienie

    1. W odpowiedzi na Twój komentarz pozwolę sobie zalinkować do tego artykułu – https://treningbiegacza.pl/artykul/wzor-biegacza-somatotyp-a-osiagane-wyniki-biegowe
      Ja po prostu chciałem zasygnalizować tym nieporadnym tekstem, że bycie chudym też ma swoje cienie, a nie tylko blaski. Inna sprawa to ta dziwna akceptacja społeczna, dla nazywania chudego chudzielcem (to jest okej), przy jednoczesnym braku akceptacji dla nazywania grubasa grubasem (to już jest niemiłe, niegrzeczne, niekulturalne)

      Polubienie

  2. Myślę, że już nauczyłeś się na spostrzeżenia dotyczące Twojej postury nie zwracać uwagi, ale co jakiś czas pewnie musisz co nieco z siebie wyrzucić :-). Tak jest, ulżyj sobie. Osobiście chciałbym zobaczyć jak ja bym teraz wyglądał gdybym ważył 75 kg przy 185 cm wzrostu (moja waga z klasy maturalnej). Jak zszedłem rok temu z 95 kg do okolic 86 kg to dalsza rodzina stwierdziła, abym się poszedł przebadać, bo chyba chory jestem.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: