4 z 16 – Dorastanie kibica, czyli kilka flashbacków z dzieciństwa

Nie ma drugiej rzeczy, którą lubiłbym równie mocno jak opowiadać o sobie. Problem w tym, że nie każdy chce tego słuchać. Tak naprawdę tylko pan Jurek chętnie wysłuchuje moich opowieści. Ale u niego kozetka jest niewygodna, a pojedyncza sesja kosztuje 200 złotych, więc kiepski to dla mnie interes. Na szczęście ktoś, kiedyś (najpewniej w Stanach, ewentualnie Hrubieszowie) wynalazł bloga. I od tamtego momentu opowiadanie o sobie stało się niezwykle łatwe.

Urodziłem się w piątkowy wieczór. Przypadek? Tak sądzę. Ale jednocześnie jest to dla mnie jasny sygnał, że zostałem stworzony z myślą o baletach a nie ciężkiej pracy. Mimo dość skromnego BMI (18,5 po obiedzie) mogę powiedzieć, że pod wieloma względami los obdarzył mnie hojnie. Przykład?

Pierwsze igrzyska jakie świadomie przeżywałem to te w Atlancie (1996). Nie zaczęły się one dla Polaków szczęśliwie, ponieważ podczas ceremonii otwarcia zasłabł Eugeniusz Pietrasik (szef polskiej misji olimpijskiej). Umarł po przewiezieniu do szpitala. Od następnego dnia z Ameryki do Polski zaczęły docierać już jednak wyłącznie dobre informacje. Tylko 21 lipca zdobyliśmy trzy złote krążki co dawało naszej reprezentacji prowadzenie w klasyfikacji medalowej. Mauer, Wolny, Wroński. A potem jeszcze Zawadzki, Kusznierewicz, Korzeniowski, Nastula i tak oto polscy olimpijczycy podbili amerykańską Atlantę, jak wcześniej podbijali Tokio (1964), Monachium (1972) i Montreal (1976). Dobre informacje spływające tamtego lata zza oceanu wprowadziły moją 9 letnią duszę w przekonanie, że Polacy to sportowi mocarze.

Nadeszła jednak jesień 1996. Eliminacje Mundialu 1998. Piłkarze pojechali na Wembley rozegrać wielki mecz z Anglią. Ponownie upokorzyć Synów Albionu tak jak niegdyś zrobiła to ekipa Kazimierza Górskiego. Tak mi się wydawało. Taką narrację słyszałem w mediach. W podobnym tonie wypowiadał się też mój ojciec. Mamy w drużynie Marka Citkę, więc Anglicy mogą nam skoczyć. Najpierw była euforia kiedy Widzewiak wyprowadził biało-czerwonych na prowadzenie. Potem płacz i zgrzytanie zębów, kiedy Alan Shearer podpierdzielił koronę Andrzejowi Woźniakowi naszemu Księciu Paryża. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Nagano 1998. Dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak odpowiednik letnich igrzysk z tą różnicą, że na śniegu i lodzie. Ciekawostka. W każdym razie miałem nadzieję, że olimpijczycy pomszczą niepowodzenia piłkarzy. O dziwo, tak się jednak nie stało. Oglądałem tamte zawody z druzgocącym wręcz niedowierzaniem. A dlaczego nie grają naszego hymnu? Dlaczego Dorota Zagórska i Mariusz Siudek zostali tak nisko ocenieni przez sędziów? Spisek Azjatów! Halo?! Co się dzieje?! Piąte miejsce Andrzeja Bachledy-Curuś w kombinacji alpejskiej musiało mi tamtej zimy wystarczyć jako największy olimpijski sukces. Po siedmiu złotach z Atlanty czułem niesmak. Złe informacje spływające z dalekiej Japonii wprowadziły moją 11 letnią duszę w przekonanie, że na śniegu jesteśmy kijowi.

W roku 2000 zostałem dwukrotnie mistrzem województwa. Serio. A przecież doskonale wiadomo, że najtrudniejsze to obronić tytuł. Najpierw w marcu wygrałem biegi przełajowe na 1500 metrów, a w maju na stadionie rozgromiłem towarzystwo na popularnego „kilosa”. Czułem się co najmniej jak generał Maximus Decimus Meridius z filmu Ridleya Scotta. A były to raptem mistrzostwa najmniejszego województwa w Polsce. Rozbujałe wówczas ego nakryte kruszonką z fałszywej skromności pulsuje we mnie po dziś.

Sydney 2000 już tak nie podniecało jak Atlanta sprzed 4 lat. Znowu natrzaskaliśmy dużo medali, w tym aż sześć złotych. Z tamtej imprezy najbardziej wyrył mi się jednak w pamięci ten pan, który skakał przez kozła. Czy konia. Leszek Blanik. Po pierwsze, nie mogłem uwierzyć że skakanie przez stół może być dyscypliną olimpijską. Po drugie, nie mogłem uwierzyć, że w Polsce ktokolwiek to trenuje. Po trzecie, Blanik piekielnie zmaścił pierwszą próbę i wydawało się, że jest już po zawodach. Po ptakach. Jak zwał tak zwał. Tymczasem w drugim perfekcyjnym powtórzeniu wyskakał olimpijski brąz. Pomyślałem sobie wtedy, że może też spróbowałbym sił w podobnej dyscyplinie. Miałem przecież w mieszkaniu ze dwa stoły, kilka puf, tapczan jakiś. Okna. Skakać było gdzie.

Rok 2001 nie może kojarzyć się inaczej jak z Małyszem. Co to był za chłop z nartami. Dla mojego pokolenia totalny odlot. Po Nagano twierdziłem, że na śniegu jesteśmy kijowi, ale ten Małysz wszystko odwrócił. Szczerze? Byłem kibicem sukcesu. Pierwszych konkursów TCS 2000/2001 nawet nie oglądałem. Dopiero tato zaczął mi tłumaczyć, że ten orzeł z Wisły co to kiedyś wygrał w Oslo a potem przepadł znowu jest w formie i leje Niemców. I że ma takiego trenera z wąsami co „umie w skoki”. Taką argumentacją nie musiał mnie długo przekonywać, bym został największym fanem i znawcą skoków narciarskich w powiecie. Choć nie ukrywajmy, IO 2002 w Salt Lake City dalekie były od kibicowskich oczekiwań. Z całej kariery pana Adama najbardziej zapamiętałem Willingen 2001. Kojarzycie ten drugi skok na odległość 151,5 m na obiekcie o punkcie K-120? Przeskoczył skocznie! – komentował Stanisław Snopek. Unbelievable! – krzyczał David Goldstrom z Eurosportu. Unfassbar! – nie dowierzał korespondent niemieckiego RTL. Tak to je daleko! – zauważył dziennikarz z Czech. O jebany! – krzyknął mój sąsiad zza ściany, którego – co ciekawe – nie zatrudniła żadna stacja.

Korea i Japonia 2002. O tym wciąż nie mogę rozmawiać. Lećmy dalej.

Nie chodziłem na lekcje pianina, śpiewu ani grania na flecie poprzecznym. Rodzice załatwili mi natomiast zajęcia dodatkowe na podwórku i przyszkolnym boisku. Stworzyliśmy z kumplami własną drużynę piłkarską. FC Pogorzelec. Nasz osiedlowy team złożony w szczytowym momencie z pięciu chłopaków (standardowo z trzech) miał serce do walki. Choć najwięksi dzielnicowi rywale tworzyli pakę opartą o mocne skrzydła starszego rocznika ’86 i jednego defensywnego z ’85 nie dawaliśmy sobie w kaszę dmuchać. Czasami udawało się z nimi wygrać. Problem polegał na tym, że lider przeciwnej drużyny okropnie nie lubił przegrywać. Kazał nam więc grać tak długo, aż rezultat będzie dla niego korzystny. Jeśli na wyimaginowanej tablicy wyników natrętnie
utrzymywał się remis, zarządzał rzuty karne. I choć nieraz zapadał już zmrok, strzelaliśmy te karniaki tak długo aż rywal mógł poszczycić się zwycięstwem. Jeśli chcieliśmy opuścić plac gry po upływie regulaminowego czasu gonił nas i siłą zawracał. Okropnie nie lubił przegrywać.

Pierwszy plakat nad łóżkiem? Marcin Mięciel. Tak, byłem kibicem Legii. Zadecydował o tym los zwany przewrotnym poczuciem humoru moich rodziców. Któregoś razu pod choinką zamiast klasycznych kalesonów rozpakowałem mniej banalny prezent. Szalik CWKS i dubeltówkę. Serio. Strzelba łamana w połowie, nabijana kauczukiem, coś innego niż popularne w tamtym okresie kapiszony. Dużo groźniejsza niż pistoleciki na plastikowe kuleczki. Do szkoły jednak nie zabierałem ze sobą broni, a jedynie ten nieszczęsny szalik, który szybko stał się powodem problemów. Skrajali mi go dwukrotnie, z tym że za drugim razem skutecznie i po wieki. Rodzice zupełnie nie rozumieli, że sprezentowali mi na gwiazdkę karteczkę z napisem „kopnij mnie”. Sam dopiero po czasie pojąłem, że poza Warszawą Legii w Polsce się nie kocha.

Wracając do Mięciela. Nie wiem co mi odwaliło, ale mając 13 lat wystroiłem się w meczowy strój z jego nazwiskiem na wyjazd do Świnoujścia. Kilkanaście godzin w pociągu przez cały kraj, a ja zakładam barwy znienawidzonych przez 98% Polaków Legionistów. Jechaliśmy większą grupą na wiosenny obóz sportowy. Największe nieszczęście polegało na tym, że tym samym składem podróżowali kibice Górnika Zabrze śpieszący na mecz z Pogonią. Fartownie moja zielona koszulka schowana była pod polarową bluzą. Zaciągnąłem zamek pod samą brodę i pocąc się w tym pociągu jak knur dojechałem w zdrowiu nad Bałtyk. Kibice Górnika podpalili w międzyczasie swój wagon i co chwila paradowali po korytarzu zaczepiając kogo popadnie.

Byłem kiedyś na meczu Motoru Lublin z GKS-em Jastrzębie. Żeby było jasne – bez żadnych barw, w zwykłym chińskim t-shircie. Przycupnąłem niedaleko sektora gości z dobrym widokiem na ulokowaną po drugiej stronie boiska trybunę ultrasów z Koziego Grodu. Mecz zaczął się od kilku składnych akcji gości. Szybko wyrwali siatkę odgradzającą od płyty. Była to jednak tylko taka zagrywka dla hecy, bo na samą murawę nikt się wcale nie kwapił. Odpowiedź gospodarzy rozbrzmiała kilka minut później kiedy cały sektor fanatyków zaintonował: druga strona odpowiada! Kto wygra mecz?! I wtedy nasza część trybun miała odpowiedzieć: Motor! I odpowiedziała. Jednak zbyt niski poziom decybeli tego okrzyku nie usatysfakcjonował pewnego dżentelmena siedzącego dwa rzędy przede mną. Krzyczeć kurwy! – zasugerował. Trzeba mu oddać, że miał siłę perswazji, bo za drugim razem „Motor!” wybrzmiało już jak trzeba. W drugiej połowie meczu kiedy wydawało się, że pod względem kibicowskim nic ciekawego już się nie wydarzy, do głosu doszli goście ze Śląska. Chemik Kędzierzyn! Rozległo się po stadionie i jak podejrzewam połowie miasta. Chemik Kędzierzyn! Ponowili sympatycy Jastrzębia, potwierdzając przyjaźń łączącą oba kluby. A mi zrobiło się wtedy niezwykle ciepło na duszy. Bo jestem z Kędzierzyna, a to było kilka scen z mojego sportowo-kibicowskiego życia. Życia które zainaugurowała Renata Mauer strzelając z karabinu pneumatycznego w dalekiej Atlancie prawie 23 lata temu.

Ciekawe, które wielkie wydarzenie sportowe zapamiętam jako swoje ostatnie. Mam nadzieję, że nie będzie nim rosyjski Mundial.
PS. Z panem Jurkiem to żart. Tak naprawdę bierze 150 zł i za cholerę nie potrafi skupić się na tym co mówię.

Podsumowanie 4 z 16

Objętość – 74 km

Dni treningowe – 5

Hasło jakieś – Za młody na sen, za stary na grzech.

Ukończyłem właśnie czterotygodniowe wprowadzenie o którym pisałem tu-ło. Teraz dopiero zacznie się prawdziwe trenowanie, także jak to mówi Piotr Kraśko, Kinga Rusin i Piotr Gembarowski – „Nie odchodźcie od telewizorów”. 🙂

PS. W filmiku z Blanikiem trzeba kliknąć – otwórz w youtube, bo są jakieś blokady założone i nie można odtworzyć u mnie na blogu…#smuteczek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: