9 z 16 – Nie taki od razu spektakularny

To był dobry tydzień. Może nie jakiś spektakularny, najlepszy czy wiekopomny – po prostu okej. Nie powiem, że przełomowy, wspaniały i świetny. Średni. Ale też nie taki znowu najgorszy. Niezły. A zresztą, może będzie prościej jak rozwinę temat…

Jak to żaliłem się już jakiś pierdyliard razy (OMG, pierdyliard to jest chyba moje ulubione słowo ever) – ostatnio tempo 4:00 na kilometr robiło mi z pośladków najazd tatarski, czy inną odsiecz wiedeńską, albo po prostu jesień średniowiecza. Październik mi robiło. O! No i tygodnie mijały, BC2 odhaczałem, BNP zakąszałem i – jak to śpiewał Rychu Peja – nie zmieniało się nic.

Aż tu nagle…nadszedł tydzień poprzedni. Wychodzę sobie ja w środę wieczór na tramwaj, żeby podjechać przez całe miasto na Leśną, gdzie BC2 miałem wykonać. Myśli miałem jak zwykle defetystyczne (nie mylić z defekacyjnymi) i z wrodzonym sobie „optymizmem inaczej” zakładałem, że ponownie tempo 4:00 na km zrobi mi chirurgiczną ekstrakcję zęba trzonowego (jakby ktoś nie wiedział czym jest chirurgiczna ekstrakcja, to zdradzę, że niczym przyjemnym).

Aż tu nagle…Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu… A nie, to nie ta kwestia. Aż tu nagle… stanąłem na linii startu po czym biec zacząłem i… wreszcie! To znaczy, gwoli ścisłości nie było wcale aż tak idealnie jakbym chciał, ale uchylę graniastosłupa tajemnicy (miało być rąbka co nie, taki żart, he he hue), że zrobiłem ósemkę tempem 3:50 na km z uśmiechem na ryju. Pierwszy ciągły w tym roku, z którym się nie szarpałem.

Hasztag Sukces, Hasztag Tyle Wygrać!

Tylko że… wiecie jak to jest. Jedna pszczółka pasieki nie obrobi, jak to mówią. Dlatego prawdziwy test biegowej dyspozycji przyszedł dzisiaj, w niedzielę, przy okazji 12 km BNP. Dziś miałem dostać odpowiedź, czy środowe flow było tylko wypadkiem przy pracy, czy może jednak nadchodzi jakiś trend zwyżkowy. No i co mi moje bieganie na te wątpliwości odpowiedziało, hę? Pokazuję i objaśniam.

Poszło. W końcu poszło. Może pierwsze kilometry nie były jakieś wow, ale od 3-4 kilosa wszedłem w dobry rytm i reszta poleciała już wedle założeń. 6km po 3:55, potem 3 km po 3:50, 2 km po 3:45 i ostatni tysiączek jako nakazał trener Jerzy na maxa. A Krzysio wie co to znaczy pobiec na maxa. He he hue. Ostatni kilos w 3:12 z uśmiechem na ryju. Oczywiście z tym uśmiechem to przesadzam, bo tak naprawdę to sapałem jak dorodne konisko, ale… czasem trzeba trochę przykoloryzować.

Reasumując, podsumowując, zbierając wszystko do kupy – jestem happy. To był dobry tydzień. Może nie jakiś znowu super, po prostu okej. Nie taki od razu spektakularny, cudowny i wywracający życie do góry nogami. Średni. Ale też nie najgorszy. Niezły. Zresztą, wszystko opisałem powyżej.

Podsumowanie 9 z 16:

Objętość: 68km

Akcenty: x2 (BC2+3M i BNP +3M)

Siła Biegowa – x2, podbiegi i wieloskoki

Hasło jakieś: Jeszcze będzie czas, by odpoczywać /WWO/

fot. Sportografia.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: