Sztafeta Maratońska przy MW 2019 – impresje

Ponoć nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko. Okazuje się jednak, że w bieganiu impossible is nothing, czyli mówiąc językiem patriotycznym – niemożliwe nie istnieje. W niedzielę miałem okazję zostać sklasyfikowanym w maratonie, ale jednocześnie nie musiałem kaleczyć całego dystansu. 

Sztafeta maratońska to bardzo sympatyczny pomysł, zwłaszcza z perspektywy takich długodystansowców wyklętych jak ja. Lubię biegać, naprawdę lubię. Ale coś jest w mojej duszy i aparacie ruchu, co sprawia mi ogromny ból na samą myśl, że miałbym wystartować na dystansie dłuższym niż 10 km. Dycha to maks, wszystko co dłuższe rodzi we mnie głęboką niechęć. W sztafecie rozgrywanej przy okazji 41 Maratonu Warszawskiego wystąpiłem na najdłuższej, trzeciej, osiemnastokilometrowej zmianie. Bolało, ale nie tak jak bolałby cały maraton. Oj, zdecydowanie nie tak.

Z jednej strony hurtowe wyprzedzanie zmarnowanych maratończyków sprawiało przyjemność. Z drugiej strony miałem poczucie, że oszukuję, że gram nie fair, że oni męczą się od pierdyliarda kilometrów, a ja zacząłem całą zabawę dopiero na 24 kilosie, mam zapas sił, biegnę dużo mniej, trochę poza konkursem, na innych zasadach. Miałem w sercu pewien zgrzyt. Satysfakcja mieszała się z niedosytem.

Trasa zdawała mi się być dość wymagająca. Pomijam profil, ale wiatr kręcący na każdym możliwym odcinku zdecydowanie określiłbym mianem – upierdliwego. Biegłem średnim tempem 3:43/km (na wynik w połówce 1:18:25), w miarę kontrolując samopoczucie, które określiłbym mianem treningowo – startowego. Niedzielny start był dopiero drugim moim biegankiem w przeciągu tygodnia. Od wtorku męczyło mnie bowiem przeziębienie, więc kiedy stawałem na starcie było trochę obaw, czy się gdzieś po drodze nie rozsypię. Nie rozsypałem, choć tempo 3:43/km też mi szczególnej dumy nie przynosi. Było przyzwoicie, ale jednocześnie średnio o 10 sekund wolniej od mojej życiówki w półmaratonie. Takie są fakty.

Ostatecznie nasza Decathlonowa sztafeta wywalczyła 5 miejsce OPEN. Jest to wyczyn tym bardziej warty docenienia, że byliśmy sztafetą mix (dwóch chłopaków, jedna dziewczyna). I właśnie w klasyfikacji drużyn mieszanych okazaliśmy się – najlepsiejsi. Fanfary! Brawa dla Kamila i Darii!

W Warszawie ogólnie było bardzo przyjemnie. Mimo że sam – jak już wielokrotnie pisałem – nie czuję się maratończykiem z krwi i kości, to bardzo odpowiada mi klimat takich dużych masowych biegów. Czuć w przedstartowym powietrzu, że już za moment wydarzy się coś ważnego, wyczekiwanego, dużego. Atmosfera biegowego święta – i nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady.

Dostałem też trochę „pozytywnej energii”… Jeny, jak ja nie lubię tego hasła… Ale dostałem też „coś fajnego” od Was, czytelników tego pożal się Boże bloga. Najśmieszniej było na trasie, dokładnie na moście (ten most ma na pewno jakąś godną nazwę), którym przebiegałem na stronę Stadionu Narodowego (ta część Warszawy na pewno też ma jakąś godną nazwę). Zrównał się ze mną rowerzysta i tak sobie jedzie, jedzie. Aż nagle wypala:

– Rołd tu pi bi?

A ja mu na to, że tak.

– Czytam.

Ja mu na to, że super, że jest drugą osobą po mnie, która to czyta. Heheszków nie było końca. 😉

Chciałbym Was serdecznie uścisnąć papieskim:

Pozdhawiam wszystkich blogaków!

/jakby ktoś nie skumał, tak po polsku mówił papież emeryt Benedykt XVI/

18 kilometrów po ulicach Warszawy niesamowicie zniszczyło mi łydki. Jest to sprawa, która aktualnie dość mocno zaprząta mi głowę, bo sytuacja się powtarza. Na dłuższym dystansie zawsze wysiadają mi łydki. Pewnie ma to związek z tym moim skaczącym na śródstopiu krokiem. W zasadzie większość dystansu pokonałem „z uda”. Nogi od kolana w dół praktycznie mi nie działały. To samo było na końcówce w Gdyni (2018 rok, czas 1:15).

Plany na końcówkę sezonu mam skonkretyzowane jak nigdy wcześniej. Najpierw 26 października 5km w ramach City Trail, a sezon skończę prawilnym Biegiem Niepodległości w stolicy. Potem? Szczerze powiem, że jestem już niemal na 100 procent zdecydowany na trenera. Niemal 100 procent, bo wiadomo, że jak sobie tylko przypomnę o tym smutnym fakcie, że będę musiał komuś zapłacić za trenowanie, to pewnie mi się szczur w kieszeni obudzi… Ale może nie będzie tak źle.

Mam już swojego faworyta na stanowisko trenera reprezentacji Egiptu. Sztab najpewniej zostanie podany po 11 listopada.

Stay tuned, łi ar w in taczu, non omnis moriar,

Wasz faraon!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: