On znowu to zrobił, czyli Pan Jerzy „The Figlarz”

Czasami zastanawiam się co bardziej kaleczę – pisanie czy bieganie? Ostatnimi czasy dochodziłem do wniosku, że większą kaszanę odwalam na szosie, niż w wordzie. Jednak po warszawskim Biegu Niepodległości jestem w stanie przyjąć, że jednak z tym bieganiem to nie jest wcale tak najgorzej.

Istnieje coś takiego jak „biegowe gongi”. Starty zupełnie nieudane, które podkopują wiarę w siebie i własne możliwości. Biegi, które z „fightera” robią „wydygańca”, z „kilera” „popierdółkę”. Które zrobiły człowiekowi z łydek i płuc wiosnę PRL-u, że się tak wyrażę. Po takich gongach trudno wstać i ustawić się na linii kolejnych startów z czystą kartą, wolną głową i tą samą niepohamowaną wiarą i nielogicznym entuzjazmem, które rozpalały serducho kiedyś.

„Biegowe gongi” zostawiają ślad w psychice, sprawiając, że zaczynasz asekuracyjnie. Boisz się zakręcić mocniej nogą, bo przecież ostatnio skończyło się to umieraniem, ostatnio nic z tego nie wyszło, przypłaciłeś zgonem zgonów, którego nie chcesz już powtórzyć. Tą okropną niemocą. Upokorzeniem, gdy inni wyprzedzali w biegowym transie a ty nie byłeś w stanie się obronić.

Stojąc na starcie poniedziałkowego BN w Warszawie miałem w głowie właśnie takie demony. Wytworzone przez dwa gongi w Gdańsku – ten wiosenny, kiedy kończyłem sponiewierany z wynikiem 17:04 na 5km i tym na początku września, kiedy już po stu metrach nogi zrobiły  mi się jak z waty.

W Warszawie od początku biegłem asekuracyjnie. Moim zdaniem zbyt asekuracyjnie. Nie załapałem się do pociągu jadącego na 33:30, za to błądziłem gdzieś w wolnej strefie między nimi a chłopakami pędzącymi na 34:00. Cała ironia i absurd mojego biegu polegał na tym, że pomimo mocnej i wyrównanej stawki zawodników de facto i summa summarum – biegłem sam.

Teraz siedzę na obrotowym fotelu i zastanawiam się – co by było gdybym jednak załadował się ze swoim majdanem do szybszego wagonu, póki był na to czas. Miałbym dziś nową życiówkę, czy jednak przypłaciłbym zgonem na końcówce? Tego nie wie nikt.

W każdym razie pierwszą piątkę złapałem sobie na fladze w 16:59 i czułem, że mam jeszcze zaskakująco dużo zapasu jak na ten etap biegu. A zatem ruszyłem w szaleńczą szarżę, przesuwając się wyraźnie w klasyfikacji. Czekałem, aż wreszcie mnie zbombi, ale… nie zbombiło, zbombić nie chciało. Ostatnie 3 km poleciałem odpowiednio w 3:22, 3:22 i 3:12 a na mecie zatrzymałem się jakbym skończył jakiś ciągły a nie wyścig na 10 km z wynikiem w okolicach życiówki. (A co! Podkoloryzuję rzeczywistość, w końcu po co się te blogi zakłada?) 😉

Będąc szczery jak mój kolega Krzysiek –  który kiedyś powiedział swojemu kumplowi z roku, że nie pożyczy mu notatek bo go nie lubi – muszę powiedzieć, że to była najprzyjemniejsza dycha w moim życiu. Bez kryzysów, na ciągłej mocy, no i cóż… Mogę dziś wykrzyczeć, że – On znowu to zrobił! Bariera 34 minut pękła po raz drugi w mojej – smutnej jak pomidorówka bez śmietany – karierze.

Totalnie straciłem nadzieję, że uda się w tym roku nabiegać 33 z przodu, tym bardziej jestem zadowolony i zmotywowany przed zimą. Jak Marcin napisał, że chcą atakować sub 34 z chłopakami to od razu mu powiedziałem, że nie dla mnie takie cuda. A tu proszę!

Specjalne podziękowania kieruję na (prawie) sam koniec trenerowi Jerzemu, którego plan realizowałem przez wakacje. Wynik nierychliwy, bo musiałem trochę na niego poczekać, ale za to przerósł moje oczekiwania. Pan Jerzy miał mnie przygotować na sub 35, ale to jednak niezły figlarz, bo wyszło sub 34  😉

Rezime:

31 BN w Warszawie

41 miejsce OPEN, 33:49 (netto), pierwsze 5km w 16:59, drugie 5 km w 16:50, tadam 😉

Uwaga! Zmieniam temat. Proszę o odrobinę uwagi.

Zawsze starałem się traktować Was – czytelników tego dowcipnego jak chłop przewracający się na skórce od banana bloga – priorytetowo. Dlatego chcę Wam zakomunikować jako pierwszym, że moja kariera w Decathlonie dobiegła z dniem 8 listopada końca. O tym jak i dlaczego opowiem w czwartkowym felietonie na tym portalu, którego nazwy nie mogę napisać (gdyż nie zapłacili mi milionów monet za reklamę), ale i tak wszyscy wiedzą o który chodzi.

..

fot. PKO Bank Polski Biegajmy Razem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: